Święty Mikołaj

Prezmek Wozny

Zawsze miałem kłopoty ze zrozumieniem. Jestem trochę poszkodowany na umyśle, mam dysleksję, ADHD i parę innych usterek. Nie potrafię się skupić, zawsze mi trzeba wszystko parę razy powtórzyć. Pan Bóg nie wszystkim rozdaje szczęśliwe karty, nie jestem geniuszem, ani nawet przeciętniakiem. Muszę sobie radzić z tym, co dostałem.
             Ale po kolei. Było ich trzech. Najpierw myślałem, że to psy, ale psy zawsze chodzą parami. Nie miałem przy sobie nawet trawki, ale i tak od razu się pogubiłem. Jak złapię nerwa zawsze robię się głupi. Na mojej dziupli wszyscy o tym wiedzą, ale nawet tam nie ma zmiłuj się. Kto by się ujął za głupim złodziejem, którego wyparli się nawet rodzice?
             Na początku ten grubas w okularach przedstawił się jako Ross. Drugi z nich podał mi tylko rękę. A ten trzeci nawet na mnie nie spojrzał. Miał rękawiczki i na twarzy maskę – z tych, jakie na ulicach noszą Chińczycy. Wyglądał tak, jakby się bał czymś zarazić. Wszyscy trzej się trzęśli jakby mieli gorączkę. Miałem co do nich niedobre przeczucie. Znaleźli mnie ponoć z czyjejś rekomendacji, ale nie chcieli powiedzieć z czyjej. Jednak w końcu coś mnie podkusiło i zgodziłem się na tą robotę.
             Jak tylko to usłyszeli, zaczęli mnie badać. Wiem co to wtyczka OBD, każde dziecko to wie. Podłączyć się do magistrali CAN to też nie fizyka kwantowa. Pomyślałem sobie, że pewnie chcą zhakować lidar, albo GPS. Taki tam spooffing. Nie od dziś siedzę w autonomicznych, mam w nich rozeznanie, na ogół potrafię je ukraść. Lubię przypalić, żeby wszystko zrozumieć. Potrzebuję trochę spokoju i czasu.
             Na parkingu od razu spotkała mnie niespodzianka. Cysterna miała na boku namalowany płomień i napis, „łatwopalne”. Właściwie były to dwie połączone ze sobą cysterny, taki pociąg. Autonomiczna ciężarówa, z tych największych, jakie widywało się teraz na drogach. Byłem nieźle zdziwiony, po co im taka landara? Wolałem tego nie wiedzieć. To nieładnie pachniało. Ale klient nasz pan. Jestem złodziejem zawodowym i mam swoje zasady. Było zbyt późno, żeby się z tego wycofać.
             Bez problemu pokonałem drzwi. Wszyscy czterej wcisnęliśmy się do szoferki. Teraz jeszcze bardziej się trzęśli, nie było przyjemnie ich dotykać. Na próbę odpaliłem diesla. Udało się.
             Na początku podłączyłem się do magistrali. Moi klienci mieli duże wymagania, postawili przede mną komputer, na wyświetlaczu jakieś znaczki, jakaś chińszczyzna, kod maszynowy. Program na ich linuxie przypominał sieciowego sniffera, ale podobnego ustrojstwa jeszcze nie widziałem. Jakaś dziwna, jakby kosmiczna odmiana. Byłem zakręcony i wcześniej nie zwróciłem na niego uwagi. Omijam takie tematy, od nich zaczynają mi drżeć ręce, a ja żeby coś zdziałać, nie mogę się denerwować.
             Autonomiczne ciężarówki, jak wiadomo, bez kierowców jeżdżą tylko po głównych drogach. Kazali mi ją wyprowadzić na najbliższą wylotówkę. Miałem do wbicia nową trasę, współrzędne, miałem coś tam wymazać, a potem wpisać na ich laptopie. Powinienem przy pomocy symulatora wygenerować plik GPS z kodem współrzędnych. Była tam jakaś blokada, którą należało złamać, to niby proste zadanie. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Raz po raz wprowadzałem kod współrzędnych i raz po raz na wyświetlaczu wyskakiwało okienko, „błąd”. Głowiłem się nad tym dziadostwem powtarzając ten sam błąd jakieś dziesięć razy. Właśnie wtedy powinno mi się było w głowie zapalić czerwone światełko: Zwolnij kolego! To tylko twoje dziury w mózgu.
             Wciąż nic z tego nie wychodziło. To było dla mnie nie do przeskoczenia. Od dziecka nienawidzę łamigłówek, zawsze wolałem wysiłek mięśni niż umysłu. Miałem teraz w głowie biały szum, kłębowisko głupich i przypadkowych myśli. Czułem ucisk w żołądku, zaciskałem pięści, pociemniało mi w oczach. Bezmyślnie wytrzeszczałem wzrok w pustą przestrzeń, to znów na jakąś skazę na wyświetlaczu. ADHD to wadliwa chemia w mózgu, dysregulacja dopaminy. W żaden sposób nie mogłem się wyciszyć, nie mogłem już nawet ustać w miejscu, boleśnie pocierałem stopą o łydkę. W takich okolicznościach zaczynam się mocno zacinać, zapominam jak czytać i pisać, rozumiem tylko obrazki, nie włożę nawet kabla do wyczki. Ludzie tego nie pojmują, chociaż wszyscy wokół mnie są cholernie bystrzy. Mój ojciec jest chirurgiem, matka profesorem uniwersytetu. Ja nie nadaję się na doktora, więc zostałem oddany ulicy.
             A z tymi panami było coraz mniej sympatycznie. Za Chiny nie mogłem zrozumieć ich mamrotania i to coraz bardziej działało im na nerwy.
             W końcu grubas w okularach zaczął mnie przedrzeźniać.
             – Ble ble ble.
             – Ta, ta, ta – zawtórował mu chudy w rękawiczkach i w masce
             Zaczęli rechotać. To było mało zabawne, zmusiłem się jednak do uśmiechu.
             – Tu tu tu – zanucił basem ten dobrze zbudowany.
             – Panów naprawdę trudno zrozumieć.
             Ci dżentelmeni zachowywali się coraz mniej wytwornie. Bez zmrużenia, nazywali mnie teraz tępakiem, przygłupem i niedorozwojem. Wciąż nie miałem pewności, co tak naprawdę chcą zrobić, wiedziałem jednak, że lepiej ich o to nie pytać.
             Wyszliśmy z kabiny na prefabrykowany trawnik. Wtedy na dodatek zatrzasnęły się drzwi. Zamki były sterowane przez zewnętrzny komputer. Wszystkie narzędzia zostały w środku, zostaliśmy od nich odcięci. Oczywiście to była moja wina.
             – Gówno umiesz złodziejaszku – podsumował mnie ten gruby. – Jesteś tępy jak noga stołowa. Oszukałeś nas.
             – Spokojnie szefie, niech pan się tak nie złości.
             Bałem się teraz odwrócić. To już nie żarty. Byłem już pewien, że to zombiaki. Zarażeni nienawiścią. Naprawdę bardzo zależało im na tej cysternie, z pewnością zamierzali wysadzić nią coś w powietrze.
             Facet już teraz nie przestawał się na mnie drzeć. A po chwili zaczął okładać mnie pięściami. Byłem sparaliżowany. Od czasów jak lał mnie mój stary, nic takiego mnie nie spotkało. Znów stałem się nierozgarniętym śmieciem. Zawsze się tak czułem, kiedy z czymś nawalałem. Przydałaby mi się chwytaczka takich głupich myśli, żeby wybierać je sobie z głowy jak gówno z zatkanej toalety. Przeklęte ADHD. Wiele bym dał żeby umieć się lubić. 
             W końcu zrozumieli, że nic z tego nie będzie i dali sobie ze mną spokój. To wszystko było jakby w zwolnionym tempie. Zobaczyłem czerń stali. Ten w czerwonej koszuli wyciągnął pistolet przeładował go i wymierzył we mnie. Zdążyłem tylko pomyśleć, o kurwa!…

             Teraz już jestem sam. Siedzę w szoferce z raną postrzałową. Ciepła krew ścieka mi po nodze, mój but kowbojski jest nią już wypełniony. To był wypadek przy pracy, taka głupia przygoda. Można powiedzieć: Trudno i darmo.
             Wciąż jeszcze zipię i wciąż się temu dziwię. Jaki był cel ciężarówki? Stadion? Szkoła? Więzienie? Z parkingu pięknie widać skąpany w słońcu, świecący jak lustro gmach uniwersytetu. Może to właśnie był ich cel? To już nie ma znaczenia, istotne jest tylko to, że cysterna nie spłonie w centrum miasta, nie zginą niewinni ludzie. Nie potrafiłem jej uruchomić. Gdybym potrafił, pomógłbym dokonać zbrodni. Po raz pierwszy moja dysleksja do czegoś się przydała, szkoda, że również po raz ostatni bo teraz zaczynam się lubić. Czuję jak uchodzi ze mnie ciepło. Za kilka minut się wykrwawię, nie mam nawet siły otworzyć drzwi szoferki. Nie jestem w stanie się uratować.
             Widzę wszystkich, których w życiu spotkałem. Nieprzebrane tłumy coś do mnie mówią. W wielu językach. Niektórzy krzyczą, inni mamroczą, jeszcze inni szepczą. Ja jednak rozumiem każde ich słowo i to jest cud, moja percepcja nie jest już ograniczona, jestem uzdrowiony, marzyłem o tym całe życie. Chce mi się płakać ze szczęścia, chce mi się też wyć z bólu. Gdyby to był tylko sen, właśnie teraz bym się obudził.
             Z otaczającego mnie mrowia ludzi wychodzi nagle piękny starzec w długim rubinowym płaszczu ze śmiesznie zakręconą laską w dłoni. Zbliża się do mnie powoli. Wiem kim jest, chociaż widzę go po raz pierwszy. To Święty Mikołaj, patron złodziei. Zaczynam się nagle uspokajać, cała moja uwaga skupia się teraz na nim, wszystko inne zaczyna się kurczyć. Stajemy naprzeciw siebie, uważnie patrząc sobie prosto w oczy, w jego spojrzeniu jest wyrozumiałość, jakiej u nikogo nie spotkałem. Po raz pierwszy, odkąd pamiętam, ktoś ujmuje się za mną. Czuję w gardle słabnący uścisk, nie muszę nic mówić, on i tak wie już o wszystkim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *