Choroba Symulatorowa

Prezmek Wozny

“Otóż i panna młoda. Mech najcieńszy
Nie ugiąłby się pod tak lekką stopą.”
Szekspir, Romeo i Julia

– Nasza specjalność to kobiety i dzieci. Dobrze pan trafił. Kiedy widzieliście się po raz ostatni?
– Szesnaście lat temu.
– Próbował pan ją odnaleźć?
– Zgłosiłem sprawę do Czerwonego Krzyża. Myślę, że zginęła na samym początku, od fali uderzeniowej.
– Chce ją pan u nas zrekonstruować.
Wozny skinął głową.
– Ograniczają nas przepisy – powiedział Frant. – Potrzebujemy potwierdzenia zgonu, jeśli pan go nie ma, sami spróbujemy poszukać. Nie możemy podjąć ryzyka, że ktoś nas pozwie.
– Interesuje mnie tylko awatar. Bez dodatkowych opcji.
Frant się skrzywił. Liczył na to, że sprzeda pakiet ze zmianą tożsamości.
– Chce pan rzucić okiem na moje gwiazdki? Mam kilka z nich w biurze.
– Już wybrałem. Tę z rogu Pacific i Montgomery.
– Sima Kowalski – tym razem Frant zarumienił się z zadowolenia. – Ślicznotka. Świeży nabytek, dopiero szlifuje język. Zagadał pan do niej?
– Chciała, żebym najpierw porozmawiał z panem.
– Słusznie. Radzę się panu pośpieszyć, bo przeprowadzamy redukcję personelu. To utalentowana dziewczyna, z dużą wyobraźnią. Miewa nieszkodliwe odloty, które dodają jej uroku. Może szybko od nas odfrunąć.
Wozny wypatrzył ją w dystrykcie czerwonych świateł, gdzie podobno można znaleźć wszystkie kłopoty świata i natychmiast rozpoznał w niej Liliannę. Nie potrzebowałaby operacji plastycznej. Mogła nią być z biegu, tak jak stała. Identyczna, za wyjątkiem trądziku, zresztą może Lilianna też miała trądzik, nie był już tego pewien.
Poza tym, dziewczyna odpychała go wszystkim innym. Lepiej żeby w ogóle nic nie mówiła, miała rządową bransoletę na łydce i musiała być stuknięta. A jednak połknął haczyk. W San Francisco samotność leczyło się awatarem, tu prawie każdy stracił kogoś bliskiego. Należał do nielicznych, którym nikt nie zginął i był samotny z własnej winy, ale to była słaba pociecha. Miał dość. Skoro rząd płacił weteranom za awatarów, to musiały ich w jakiś sposób leczyć. Nikomu jeszcze nie zaszkodziła jedna albo dwie sesje, bez żadnych szaleństw, operacji plastycznych ani długoterminowych związków, wersja lajt.

W dniu kalibrowania spotkali się z Simą już w studiu, które Frant dla nich wynajął. Studia do wirtualu były w środku tygodnia na ogół puste, bo wypierały je z rynku roboty przytulacze. Wozny chciał jeszcze trochę popracować nad skryptem, kalibrowanie było zajęciem techników. Sima uśmiechała się cyfrowo przerobioną twarzą z wykasowanym trądzikiem, jej audio, oprócz tego co mówiła na żywo, pozbawione było akcentu.
Technik raz po raz odrzucał na bok różową grzywkę.
– Jakie są pańskie doświadczenia z rzeczywistością wirtualną?
– Szkolenie na symulatorze czołgu – powiedział Wozny.
– Wyśmienicie. Dodamy teraz element gry, on złagodzi zakłócenia immersji, rzeczywistość będzie łatwiejsza do przyswojenia.
– Jaki rodzaj gry? – zapytał Wozny.
– Proponuję labirynt, to powinno pana zająć – powiedział technik. – Poza tym akcja dzieje się przecież w Europie, mają tam miejsce masowe strajki, starcia z policją, morderstwa, realizm jest naszym priorytetem, powinien uruchomić pańskie instynkty.
Sima zaczęła odczytywać na polecenie technika fragmenty skryptu. Wozny w tym czasie przeglądał próbki tła; dom Julii, restauracja, amfiteatr, uliczki starówki. Technicy wygenerowali skrótowy rendering paru miejsc i pozwolili mu założyć okulary HMD. Efekt był silny. Wozny miał przez chwilę ściśnięte gardło.
Zmusili go jeszcze, żeby obejrzał interaktywne video z wybiegiem Simy. Ruch sterownika sprawiał, że suknia opadała z niej na podłogę. Była to sprawka Franta, mało śmieszne błazeństwo, coś w rodzaju reklamy.
Byli gotowi, mogli iść do domu.
– Nareszcie rozumiem dlaczego masz wyrzuty sumienia – powiedziała Sima unosząc skrypt. – Ale ludzie robią dużo gorsze rzeczy. Nawet nie wiesz.
– Wiem. I co z tego?- wzruszył ramionami.
Uśmiechnęła się dziwnie.
– Ja nawet bym się nie obraziła. To jest po prostu nic. Byłam zgwałcona. Naprawdę nie musisz się wstydzić.
– Sama wyglądasz jakbyś się czegoś wstydziła.
– Może i tak, ale nie tego.
Chciała chyba jeszcze coś powiedzieć, ale zrezygnowała. Odsunął od siebie pusty kubek. Sima uniosła nogę.
– Weź moje namiary.
Przejechał telefonem po kodzie bransolety. Może i miała rację z tym wstydem, ale teraz było już za późno. Wykasuje skan jak tylko wróci do domu.

Leżąc na swojej kanapie, wystukał numer Franta. Jego kwadratowa twarz pojawiła się na ekranie.
– I jak?
– Przeszkadza mi akcent.
– Wszyscy dziś mają akcent, nie bądź pan starym ramolem. Naprawdę chce pan przepłacać za spikerkę?
– Niech pan da spokój.
– Liczy się zmysł wzroku, do diabła, nie jesteśmy nietoperzami. Sam pan powiedz, ona wygląda czy nie wygląda?
– Wygląda, ale ma akcent. I jeszcze opaskę na nodze.
– Nie patrz pan na opaskę, tylko na nogę – powiedział Frant. – Skonsumuj pan nogę na deser, smacznego.
– Nie chcę deseru.
Frant był człowiekiem, któremu Wozny chętnie robiłby na złość. Sprytniutki sprzedawca. Wozny nie miał zamiaru mu pokazać, że właściwie był z niej zadowolony.
Kiedy skończyli rozmawiać, nie podnosząc się z sofy, przeczytał wiadomość, która na niego czekała od samego rana; jego cena przeszła. Sprzedał dom w którym się wychował. Miał dużo gotówki, którą powinien zacząć wydawać. Wiedział jednak, że tego nie zrobi, nie potrafiłby nawet gdyby chciał, tak został wychowany. Wszystko pójdzie dla ubogich, pomyślał smętnie, gapiąc się na pustą szklankę. Gdyby można było kupić miniony czas, kupiłby ten, który spędzili razem…

W niedzielę spotkali się z Simą przed pawilonem Laboratorium Okoluz. Studio specjalizowało się w miastach dotkniętych zagładą i regionalnym kateringu. Zanim weszli do środka, Wozny kupił kawę, obok ubogi weteran rozłożył na chodniku pudełko z maczkami.
Sima przetrząsała torebkę w poszukiwaniu papierosa.
– Słyszałam, że nie jadasz deseru – uśmiechnęła się złośliwie. Powiedziała to wyraźnie i bez akcentu.
– W skrypcie nie ma deseru – wzruszył ramionami.
Spojrzała na niego z powątpiewaniem.
– Jesteś dżentelmenem.
Kawa była parząca i gorzka jak piołun.
– Ciekawa jestem co sobie myślisz.
– Frant ma zbyt długi jęzor – uciął.
Sima rzuciła do pudełka kilka monet i przypięła sobie czerwony maczek.
Potem założyli HMD i wkroczyli na bieżnię. Oślepiło ich ostre słońce, poczuli podmuch ciepłego wiatru. Wozny zaczął się rozglądać. Byli na placu w pobliżu areny, panorama Werony falowała przed nim jak morze. Pierwsze kroki na bieżni były niepewne, szybko się zorientował, że łatwiej jest iść niż stać w miejscu. W pobliżu przepływał strumień turystów, dziesiątki generycznych twarzy bez płci ani wieku.
Nie zwalniając wyciągnął z kieszeni telefon i wysłał swoje dane. Były absolutnie prawdziwe, teraz naprawił swój błąd. Lilianna szła obok i odczytywała jego wiadomość. Widział tylko czubek jej nosa, resztę zasłaniały jej włosy.
Średniowieczne kamienice pochłaniały blask, ich małe okna otoczone były czarnymi okiennicami.
– Dlaczego zawsze musi być ten ostatni dzień? – jej słowa były zgodne ze skryptem.
– To nie jest koniec, to jest początek.
Lilianna się rozchmurzyła.
– To właśnie chciałeś mi wczoraj powiedzieć?
Zaczął szukać drogi, bo technik wcisnął mu ten labirynt. Lilianna niecierpliwie zarzuciła na ramię opadającą torbę i podąrzyła za nim, profil jej twarzy był niewyraźny.
– Myślisz, że wytrzymamy bez siebie cały rok?
– Nie wiem. Nie zgub mojego adresu.
Realistyczny rendering przestrzennego video był porywający. Ruch uliczny, ubrania ludzi, detale takie jak menu kawiarni i gazeta w koszu na śmieci. Jego uwaga była nieselektywna, miał tutaj jakieś ADHD.
Musiał ponownie wybrać którąś z uliczek. Ruszył wzdłuż muru zabazgranego sprejem, pod znakiem drogowym leżał rower bez kół, turyści wyraźnie się przerzedzili. To musi być gdzieś tutaj, pomyślał.
Obraz w wyświetlaczu wciągał go pod powierzchnię realu, w stan przejściowy. Lilianna poruszyła palcami, poczuł jak przechodzi go dreszcz. W dalszym ciągu trzymali się za ręce.
Przechodzili obok jakiegoś hotelu.
– Chciałbyś tu pójść?
– To niemożliwe – odpowiedział.
Skrzywiła się.
– Jesteś taki poukładany.
Po raz pierwszy ujrzał wyraźnie połówkę jej twarzy. Jej usta nie były wyschnięte i popękane. W połowie uliczki zaczął mieć złe przeczucie. Cień chmury wyprzedził ich powoli, gdyby chcieli mogliby go dogonić. Wyjście na plac było zabarykadowane przez policyjne samochody. Wybrał złą drogę i stracił kilka punktów.
Pośpiesznie weszli w uliczkę, przy której był kościół i kawiarnia z wybitą szybą. Jego koszula była wilgotna. Powinien trzymać się bliżej turystów. Stanęli przed kolejnym rozwidleniem. Lilianna była już lekko zdyszana.
– Nie przyszło ci do głowy, żeby się teraz rozdwoić? Poszlibyśmy w dwie strony naraz.
– Już to chyba zrobiłaś.
Zmusiła go do improwizacji, dostała zbyt dużo swobody w skrypcie.
– Powinniśmy zostać razem, teraz to wiem – powiedział. – Nasi rodzice by to zrozumieli.
– Obawiałeś się rodziców? – zdziwiła się.
– Kierowałem się zdrowym rozsądkiem, myślałem że tak właśnie trzeba robić.
– Nazywasz to zdrowym rozsądkiem?
– Nasz związek nie miał sensu. Mieszkamy po przeciwnych stronach kontynentu, chciałem skończyć studia, ty miałaś chłopaka. Zabrakło mi jednak odwagi…
– …więc dałeś mi fałszywy adres i nazwisko – dokończyła za niego. Wybrałbyś raczej lokalną dziewczynę, najlepiej ze swojej dzielnicy, albo ze swojej szkoły.
– Nie wiedziałem co tracę.
– Czy to nie dziwne, że wciąż żałujesz?
– Dziwne – przyznał.
– Chciałbyś, żebym pomogła ci się uwolnić.
Immersja zaczęła się pogłębiać. Minęli kolejne kawiarnie, rozbite szkło leżało na bruku zielone furgonetki i autokary ze stalowymi ochraniaczami na szybach czekały na demonstrantów. Na rogach ulic pojawili się żandarmi.
Mijali teraz domy, których okna pozaciągane były mułem, ich mury połyskiwały jakby wynurzyły się z morza. Twarze nielicznych turystów nabrały wrogiego wyrazu.
– Lubisz się bać?- zapytała patrząc na poskręcany wrak samochodu.
Skinął głową. Czuł się tu coraz lepiej, ten świat zaczynał go naprawdę wciągać. Zatoczyli koło do Piazza delle Erbe, wskazówki zegara na wieży były rozmazane. Zaczynał żałować, że nie wykupił u Franta więcej czasu.
Falowanie ulic i domów powoli się wzmagało, Lilianna stała na środku jezdni trzymając się za głowę.
– Teraz pamiętam. Kiedy byłam z tobą musiałam płacić za siebie w kawiarni. To mi się nawet podobało. Byłeś oszczędnym młodym człowiekiem, szanowałeś pieniądze rodziców.
Po chwili zaczęła ostentacyjnie rolować skręta.
Zrobił krok do tyłu, żeby się jej lepiej przyjrzeć. Chyba musiała mieć niezły ubaw.
– Nie jesteś Lilianną.
– Nie jestem?
Teraz widział jej twarz w całości.
– Powinniśmy iść.
– Dlaczego?
– Chcę iść.
Wzruszyła ramionami i ponownie podała mu rękę.
Nadszedł czas, teraz zrobi to czego nie zrobił dwadzieścia lat temu.
Weszli do przedsionka jednej z kamienic. Na murze wisiała tablica: Casa di Giulietta. Pod balkonem, obok kolumny stała otulona zielenią postać dziewczyny.
Poczuł zawroty głowy, był to efekt latencji video, choroba symulatorowa. Wyciągnął z kieszeni pierścionek; zbyt tani nawet dla awatara, nigdy nie lubił wydawać pieniędzy, zresztą to nie miało znaczenia. Video stało się płaskie i monochromatyczne, sensory ruchu były martwe, w jego wyświetlaczu pojawiło się logo kart kredytowych.
“Doładuj następne piętnaście minut”.
Wozny schował pierścionek do kieszeni. W Weronie nie było już turystów ani nikogo innego, została zdmuchnięta, na jej miejscu piętrzyły się kawałki gruzu i radioaktywne zielska. W Domu Julii, gdyby cudem ocalał, mogłyby mieszkać tylko dzikie zwierzęta. Włochy stał się rozpadliną, którą prędzej czy później zaleje morze. Omamił go strumień fotonów w tęczówce, rzeczywistość o szerokości piksla umieszczona w ciekłym krysztale.
Uwolnił rękę od jej ręki i włożył zestaw HMD do koszyka. Bieżnia znieruchomiała, zamiast chmur, przesuwał się po niej cień technika, słychać było tylko jego przytłumione kroki.

Sima drżącymi rękoma przypaliła skręta, dochodzili teraz do siebie w ogródku kawiarni.
– Nie mogę uwierzyć – powiedziała grobowym głosem. – Żal ci było paru groszy na dodatkowe piętnaście minut.
– Dostałem mdłości.
– Miałeś mi się oświadczyć. Nie jesteś chyba zadowolony.
– Było lepiej niż przypuszczałem.
Powiedział jej prawdę, na swój sposób, był oczarowany, nie spodziewał się tego.
Znowu zaczęła grzebać w torebce. Tym razem wyciągnęła zdjęcie Lilianny.
– Przedwojenne ciuchy, te jej wszystkie pierdółki, muszę je mieć.
– Bez nich też wyglądasz dobrze – powiedział.
Dasz mi jeszcze jakąś fotkę?
– Chcesz przejąć jej tożsamość?
– Ona i tak nie żyje.
Powiedziała to zbyt głośno, ludzie przy sąsiednim stoliku zaczęli na nich patrzeć.
– Bierzesz na to leki? – zapytał patrząc jej w oczy.
Zaczerwieniła się.
– Mam dwubiegunowość. I co z tego?

Któregoś dnia Frant zażądał wyjaśnień.
– Dostałem odpowiedź od Czerwonego Krzyża. Pańska dziewczyna mieszka w Nowym Jorku i ma się dobrze. Niech mi pan, z łaski swojej, to wytłumaczy.
Rzeczywiście tak było, Wozny okłamał Franta. Lilianna żyła i miała się dobrze.
Pojechał do Nowego Jorku. Nie lubił tego wspominać chociaż nie stało się tam nic złego – oprócz tego, że zatruł się wtedy indykiem.
Była trochę cięższa i może bardziej powolna, ale wciąż wystarczająco pewna siebie, żeby przyjść na spotkanie bez makijażu. Urodziła dwójkę dzieci i miała kochającego męża; jakby na dowód tego cały czas dzwonił do niej telefon. Powiedziała, że jest szczęśliwa o tyle, o ile jest to możliwe, kiedy się mieszka na zgliszczach swojego miasta. Rozumiał ją.
Nie miała do niego żalu, nie doszło między nimi do żadnego rozstrzygnięcia, co najwyżej, zobaczył w jaki sposób mogło ułożyć się jego życie. Wydawało mu się, że przestanie o niej myśleć, okazało się jednak, że ich spotkanie niewiele zmieniło. Obraz młodszej Lilianny był wypalony na jego żywym mięsie, ta starsza była mu obojętna.
Rzecz jasna, nie miał powodu, żeby wyjaśniać te rzeczy Frantowi i zbył go pierwszą z brzegu wymówką.
Dwa miesiące po seansie Wozny odebrał telefon od Simy.
– Oszukałeś mnie, tam skąd jestem dostałbyś za to lanie.
– Bredzisz, o co ci chodzi?
Nie potrafiła odpowiedzieć, jakby nie przewidziała, że o to zapyta.
Jej głos był coraz bardziej monotonny jakby pośpiesznie powtarzała w pamięci swoją rolę.
Nie musiała mu mówić.
– Jesteś chora, sama o tym wiesz. Chciałbym ci pomóc – powiedział spokojnie.
Zanim się rozłączyła, krzyknęła do słuchawki:
– Zabijasz mnie!
Coś mu nie pozwalało o tym zapomnieć. Po jednym ze spacerów uruchomił czytnik. Kod wciąż znajdował się w jego telefonie, zaczął pośpiesznie przebiegać wzrokiem po liniach tekstu.
„…urodzona w Nowej Gwinei, imiona rodziców nieznane, dokładna data urodzenia nieznana, aktualnie jedno dziecko, przesiedlona z nim do Kalifornii, do obozu Havar, nie cierpi na chorobę popromienną, szczepiona, karana grzywną za kradzież w supermarkecie…”

Havar to ogrodzona szachownica osiedli, zajmujących obszar niewiele mniejszy niż San Francisco. Gniły tam cztery miliony ludzi, których nie chciano wypuścić na zewnątrz. Ulice nie miały tu nazw, adresy składały się tu z trzech wyrazów oddzielonych kropkami. Jej adres zawierał dawkę ironii: “komfort.adagio.wzniesienie”.
Po drugiej stronie blokady grupa kobiet, mężczyzn i dzieci wypatrywała kogoś takiego jak Wozny. Obóz był zagłębiem awatarów, jak i morderców; jego mieszkańcy próbowali zarobić na wszystkie sposoby.
Nad błotnistymi koleinami dyndały luźne przewody elektryczne. Mijał tablice z obrazkami dla analfabetów, chałupy z bloków ziemi, konstrukcje z opon, blachy, beczek i plastiku, namioty, kontenery, zbiorniki na wodę, maszty z przekaźnikami, targ, kwatery Czerwonego Krzyża, obsypane chlorem latryny, dystrybutornie żywności i cmentarz. Zanim dotarł do jej osiedla musiał zatrzymać się przy kolejnych blokadach, w końcu nawigacja poinformowała go, że są na miejscu.
Wysiadł z samochodu i kazał mu odjechać bojąc się, że zostanie zdewastowany. Na grzbiecie trzydziestometrowego wysypiska dekował się opancerzony pick-up, a obok niego, biały jak łabędź, buldożer ONZ. To dodało mu trochę otuchy.
Przed blokiem, “komfort.adagio.zacisze” młodzi mężczyźni piekli posiłek na grillu. Zapach jedzenia mieszał się z odorem chloru.
Kiedy zapytał, czy ją znają, wzięli go chyba za rekrutera.
– Był tu pośrednik i zabrał wszystkich ze sobą – odpowiedzieli. – Wszystkie kobiety, chłopaków, ją chyba też. Załatwił im pozwolenia.
– Zapytaj w białym kontenerze – poradził jeden z mężczyzn. – Tam jest studio, może oni coś wiedzą.
Drzwi do kontenera czekały szeroko otwarte, było to rzeczywiście studio. Na kanapie obok młodego awatara spoczywała kobieta z wyświetlaczem HMD na twarzy, wydawała się zmęczona i krucha. Awatar był od niej młodszy o czterdzieści lat. Jego twarz połyskiwała w świetle przestrzennego video. Trzymali się za ręce.
Długo nie zwracali na niego uwagi, w końcu chłopak wskazał mu na stojącą w cieniu ławkę. Wozny zdecydował się poczekać do końca seansu.
Przedtem jednak dotknęła go czyjąś dłoń. Odwrócił się gwałtownie. To jednak nie była Sima. Poczuł ukłucie zawodu. Dwudziestolatka o dziecięcych oczach uśmiechała się do niego.
Kiedy zapytał o Simę, uśmiech dziewczyny przygasł, jej oczy przestały być oczami dziecka. Wzruszyła tylko ramionami.
– Nie ma tu takiej, proszę pana.
Czekając przy drodze na Teslę, zniechęcony, zastanawiał się po co właściwie tu przyjechał. Czego szukał? Przyjaźni ze stukniętą podkładką? Chciał od niej usłyszeć jakąś prawdę o sobie? Sądził, że był w stanie jej jakoś pomóc?
Przed nocą wrócił do domu z pustymi rękami.
Dopiero po paru tygodniach udało mu się odnaleźć Franta, który zamknął już biuro i zaczął handlować robotami. Frant przyjrzał mu się dziwnie, może nawet z obawą i zaczął coś pokrętnie tłumaczyć. Wozny mu przerwał.
– Gdzie ona jest?
– To ja powinienem pana zapytać. Coś tam między wami zaszło – podrapał się po brodzie. – Zrobiła sobie operację, żeby wyglądać jak pańska dziewczyna. Potem zniknęła. Niech pan jej szuka w dystrykcie rozpusty i niech pan jej przypomni, że ma zabrać ode mnie swoje graty.

Dystrykt znajdował się w okolicy Pacific Ave. Był kombinacją paryskiego Pigalle z amsterdamskim De Walle. Oryginały już nie istniały.
Klosze latarni ociekały czerwienią jak winem. Ci którzy nie lubili awatarów wynajmowali tutaj personel w realu.
Z trudem rozpoznał Simę. Jej twarz rozkwitła obrzękiem, kolor cery był równie toksyczny jak odcień włosów. Zadawała szyku strojem do aerobiku, naciągniętym na spandeksowe rajtuzy. Była to niewątpliwie najgorsza próbka przedwojennego stylu, jaką widział.
– Odwieźć cię do domu?
– Nocuję u Franta.
– Zdecydowałem się na sesję.
Spojrzała na niego obojętnie.
Pogadaj z Frantem.
– Nie chcę pogadać z Frantem.
Spróbowała skrzywić zniekształcone usta.
– Zazdrośnik. Nie cierpię zazdrośników. Mój mąż był zazdrośnikiem.
Choroba, czy jak to nazwać, pozbawia ją pewnie empatii, niepotrzebnie ukrywał przed nią dyskomfort. Patrzył ponuro na jej bransoletę. Nikt się nie kwapił, żeby ją odciąć.

Sama naprawa twarzy pochłonie majątek. Nareszcie będzie mógł wydać trochę pieniędzy. Powinien się cieszyć, życie stanie się teraz ciekawsze.
Robot na elektrycznym rowerku zaczął nagle razić ich w oczy i kazał im się wynosić się do domu. W blasku LED-ów twarz Simy była jak z silikonu, tylko z grubsza podobna do żywej twarzy.
W oddali zamigotały sylwetki policjantów, po których to gówno na kółkach musiało zadzwonić.
Wozny poruszył się niespokojnie.
– Mogą nas zwinąć.
– Proszę bardzo – zachichotała.
Jemu też zrobiło się nagle wesoło. Był teraz widzem, oboje patrzyli w tym samym kierunku. Na wschodzie zapalał się blask, jakby ktoś włączył ogromny telewizor.
Nie miał ochoty nigdzie iść, chyba podobnie jak ona. Było mu dziwnie; dziwnie, ale nie w złym sensie, podobnie jak podczas sesji. Miał w kieszeni pierścionek i nie musiał szukać drogi. Tej nocy nic więcej nie powinno się zdarzyć, pomyślał z nadzieją. Wystarczy, że trzymali się mocno za ręce.
Choroba Symulatorowa