10 Pole Brodmanna

10 Pole Brodmanna

Prezmek Wozny

Zanim zdecydował się kupić maszynę, od kilkudziesięciu lat codziennie spoglądał w lustro bezskutecznie szukając zmarszczek i siwizny. Maszyna mierzyła długość telomerów w chromosomach, kupił ją za nieduże pieniądze od handlarza starzyzną łudząc się, że dzięki niej osiągnie spokój ducha. Zawiódł się mocno, maszyna niezmiennie wskazywała długość ośmiu tysięcy nukleotydów, co przyprawiało go o desperację. Mając sto lat, powinien bowiem mieć ich już nie więcej niż dwa tysiące. Według maszyny on Piotr Wozny, był wciąż nastolatkiem, a jego odbicie w lustrze tylko to potwierdzało…

             W dniu setnych urodzin Wozny miał tylko jednego gościa, był nim inspektor Jonathan Kovalsky. Pewnie lepiej by było gdyby nikt nie przyszedł. Wozny zaprosił go jednak do środka, zaproponował kawę i okazał uprzejmość na którą nieproszony gość chyba nie zasługiwał.
             Szczerze mówiąc, Wozny był nawet zadowolony z tych wizyt inspektora, dotyczyły bowiem sprawy, która bardziej niż cokolwiek leżała mu na sercu. Nie oznaczało to jednak, że lubił odpowiadać na głupie pytania i że nie drażniły go uszczypliwe uwagi na temat ojca.
             Jak zawsze musiał wysłuchać, że policja o nic go nie podejrzewa, tylko próbuje poznać przyczynę dla której, pomimo stu lat był wciąż młodym człowiekiem. Usłyszał o nowych skargach sąsiadów, którzy czuli się przez niego zagrożeni i żądali od władz szczegółowych wyjaśnień. Potem, a jakże, nastąpiły złośliwości pod adresem ojca, który zmarł sto lat temu i zasługiwał na to żeby do diabła wreszcie zostawiono go w spokoju.
             Pomimo to, Wozny przyjmował inspektora kawą i z uśmiechem na ustach. Czuł, że ich sposób myślenia był właściwie podobny i w jakiś pokrętny sposób łagodziło to w Woznym poczucie winy. Jeśli tylko wizyty policyjnego łapsa miałyby się przyczynić do rozwikłania tajemnicy przeklętej młodości przez którą tyle wycierpiał, Wozny byłby gotów spotykać się z nim każdego dnia.
             Inspektor był obdarzony spostrzegawczością i natychmiast zauważył nowy gadżet na nadgarstku Woznego.
             – Czy mógłbym go obejrzeć?
             – Oczywiście. To Rolex Daytona, model z lat sześćdziesiątych XX wieku – wyjaśnił Wozny unosząc rękę z zegarkiem.
             – Poznaję, wyjątkowo piękna sztuka. Ten czasomierz był przeznaczony dla prawdziwej elity – odrzekł z uznaniem inspektor. – W tamtych czasach była to sprawa prestiżu.
             – Widzę, że zna się pan i na tym.
             – Mam w domu trochę zegarków mechanicznych, niestety nie tak pięknych jak ten. Lubię w nich dłubać, to moje hobby.
             – Ten jest pamiątką po ojcu, zakładam go tylko na specjalne okazje – wyznał Wozny odpinając srebrną bransoletę.
             Inspektor zważył zegarek w ręku i nie zwracając uwagi na tarczę, długo oglądał jego dekiel. W końcu przytknął go do ucha.
             – Chodzi jak czołg – cmoknął z zadowoleniem. – Mógłbym go słuchać cały dzień.

             Potem, zgodnie z przewidywaniem, nastąpiła stara śpiewka inspektora. Laboratorium ponownie nie wykazało niczego poza wysokim poziomem autofagii, dużą odpornością błon komórkowych na atak wolnych rodników i całkowitym brakiem genów letalnych.
             – Pański ojciec, przed wybuchem Plagi wykładał genetykę na Stanfordzie – powiedział inspektor. – Czy wie pan czym się poza tym tam zajmował?
             Inspektor rzecz jasna wiedział dużo lepiej niż Wozny, czym ojciec się tam zajmował, Wozny odpowiedział mu jednak bez mrugnięcia okiem.
             – O ile wiem badał końcówki chromosomów mające wpływ na długość życia komórek.
             – A potem się ulotnił. To całkiem sprytne posunięcie, połknąć truciznę tuż przed wybuchem katastrofy, którą się spowodowało – mruknął inspektor pod nosem.
             – Chyba nie on jeden ją spowodował – wzruszył ramionami Wozny.
             – Często odwiedza pan jego grób?
             – Ojciec nie ma grobu, od stu lat, jest zamrożony w instytucie kriogenicznym.
             – Który to instytut? – zainteresował się inspektor, który oczywiście musiał to wiedzieć.
             – Nazywa się Jutrzenka, znajduje się w Palo Alto.
             – Klinika Jutrzenka, to by się zgadzało – inspektor potarł upstrzone plamami wątrobowymi czoło. – Sęk w tym, że pańskiego taty tam nie ma.
Wozny przez chwilę milczał nie rozumiejąc.
             – Musiała zajść pomyłka inspektorze, sprawdzę to.
             – Już to zrobiliśmy za pana. Zapewniam, że żaden instytut kriogeniczny w Kalifornii nie przechowuje ciała pańskiego ojca.
Wozny popatrzył na niego bezradnie. Jego młode, jędrne policzki pokryły się rumieńcem.
             – Naprawdę nie wiem…
             – Zostawmy tę sprawę na później – zdecydował inspektor uśmiechając się krzywo. – Dzisiaj jest pan przecież solenizantem. Życzę panu następnych stu lat!

             Wozny odwrócił wzrok, by sprawdzić pocztę. W hologramie migały trzy wiadomości od cougar42, która twierdziła, ze lubi młodszych mężczyzn. Westchnął i zniecierpliwiony nonsensem poczłapał do kuchni po mocno przechłodzonego budweisera. Po chwili opadł z powrotem na sofę i założył okulary. W butelce ryżowego płynu, zwanego w tym kraju piwem, pływały kawałki lodu. Wybrał z Baazy informacje o pogrzebie ojca. Klinika kriogeniczna Jutrzenka, to się zgadzało. Po namyśle połączył się z recepcją Jutrzenki.
             Sekretarka długo sprawdzała jego tożsamość, po czym oświadczyła, że ciało profesora Woznego zostało rozmrożone i odebrane przez syna.
             – Czy syn profesora to pański brat?
             – Jestem jedynym synem swojego ojca – odpowiedział. – Nazywam się Piotr Wozny.
             – Według naszych danych, ciało profesora Woznego odebrał przed rokiem jego syn, Piotr Wozny zamieszkały w San Francisco – w głosie sekretarki pojawił się cień zainteresowania. – Rozumiem, że to nie był pan.
             – To nie byłem ja – odpowiedział Wozny. – Dobrze, że się pani tego domyśliła.
             – Niech się pan nie złości. Mamy tu jeszcze jednego Piotra Woznego. Dwa lat temu zginął zastrzelony przez policję, podobno uciekał przed kwarantanną.
             – Jak to możliwe, że jest nas tak wielu?
             – O rany, to mi rzeczywiście wygląda na duży zbieg okoliczności – sekretarka odpowiedziała zniżonym głosem. – Bardzo niezwykłe. No cóż, widocznie mieszka tu dużo ludzi o jednakowych imionach i nazwiskach. Ten ostatni Piotr Wozny to tajemnicza postać, nie znamy nawet daty jego urodzenia. Przechowujemy tylko 10 pole Brodmanna.
             Wozny patrzył na jej twarz w telefonie nie rozumiejąc.
             – To taki mały fragment kory mózgowej, nasza najtańsza opcja – wyjaśniła. – Zawiera wypustkę w której mieści się tożsamość, tak zwany kikut tożsamości. Tak czy owak, ten klient będzie musiał poczekać z rozmrożeniem. Na razie blokuje go policja stanowa. Chyba, że on i pan to ta sama osoba – zachichotała. – Może się pan jakoś sam ożywił…

             Pismo dowcipnie powiada: ”Siwy włos ozdobną koroną…” Cholera wie, czasem czuł się staro, dokuczała mu łagodna depresja, lęk przed przestępczością i samotność. Były to pocieszające objawy starzenia się, ale temu co miał w głowie dałby najwyżej trzydzieści lat; mniej niż jedną trzecią swojego wieku.
             Cztery dekady wcześniej odbył się pogrzeb jego żony; nie mogła znieść siebie u boku męża, który wyglądał młodziej od ich dzieci. Po jednej z imprez u przyjaciół, kiedy znalazł się w towarzystwie mongolskiej opiekunki do dzieci, strzeliła sobie w łazience w głowę. Jej czterdziestka piątka była w latach trzydziestych XX wieku własnością Metropolitalnej Policji w Chicago, do dziś nie wiadomo skąd ją wytrzasnęła.
             Na pogrzebie doszło do przepychanek i ostatecznego zerwania z ich dziećmi. Potem minęło następne czterdzieści lat podczas których niewiele się wydarzyło.

             Z informacji jakie jeszcze tego samego dnia uzyskał od płatnego weryfikatora danych w Baazie wynikało, że jego imiennik, Piotr Wozny-bis był ubogim człowiekiem, jego dom znajdował się w getcie dla uchodźców i ludzi upośledzonych pod każdym względem. W rubryce zawód wpisano po prostu “brak danych”. To niewiele. Weryfikator dysponował jeszcze kompletnym genomem gościa; otrzymanie go wymagało jednak dodatkowej opłaty, na którą Wozny się nie zdecydował.
             Kolejna epidemia, tym razem, gorączki krwotocznej Lassa, wybuchła podczas fali upałów na zachodnim wybrzeżu. Spowodowana była przez mutację arenowirusa LASV sklasyfikowaną przez rząd jako niebezpieczny czynnik biologiczny kategorii A. W San Francisco i okolicach wprowadzono stopień alarmowy, przywracając kwarantannę i godzinę policyjną.
             Zaraz potem w atmosferze skandalu, oskarżona o nakłanianie do bioterroryzmu, zmuszona przez ustawę antytechnologiczną, zamknęła się ostatnia prywatna firma bioinformatyczna w Kalifornii. Po ujawnieniu wiadomości, że fundusz dla załogi wynosił cztery procent odprawy super-menadżera w Mountain View wybuchły zamieszki.
             Życie w San Fran stawało się coraz trudniejsze. Większość pracodawców powróciła do wypłacania pensji pod koniec każdego dnia pracy; brak lekarstw oraz pogłoski o złych warunkach życia w koloniach dla zarażonych wywoływały napięcia i ataki ślepej przemocy.
             Klimatyzacja w domu Woznego zepsuła się dokładnie pierwszego dnia upałów, bez szans na szybką naprawę, był to kolejny objaw sypiącej się infrastruktury. Osaczony w najciemniejszym pokoju, wytapiał się jak kawałek słoniny włożony do piekarnika; fakt, że w podobnej sytuacji znalazły się tysiące obywateli nie podnosił go na duchu.
             Od czasu Plagi poziom życia w Ameryce Północnej konsekwentnie spadał razem ze statystycznym dochodem na głowę i długością życia. Wzrost gospodarczy był od wielu dekad ujemny, towarzyszył mu niespodziewany skok liczby urodzeń i eksplozja przestępczości.
             Paradoksalnie, polityczny aktywizm w Baazie słabł w miarę starzenia się użytkowników, którzy pamiętali jeszcze prawdziwy Internet. Informacje o procentowym poparciu dla partii politycznych w liberalnej dzielnicy Woznego, zaczęły się pokrywać z ogólnokrajową tendencją do utrzymywania i pogłębiania dominacji przez skrajnie populistyczną partię Radykalne Zdrowie.
             Profile finansowe członków Kongresu i źródła finansowania kandydatów na reprezentantów dystryktów zostały utajnione. Starzy sąsiedzi, niegdyś darzący go zaufaniem odebrali mu mandat wyborczy podejrzewając, że faszeruje się środkami odmładzającymi. Potem jeszcze przez jakiś czas angażował się w obronę zarażonych i oskarżał Radykalne Zdrowie o nadużycia, co przysporzyło mu licznych wrogów i żadnych przyjaciół.
             Dla nowych sąsiadów był niezależnym finansowo liberałem; wystarczający powód, żeby go nie trawili, co gorsza, uparcie unikał spotkań twarzą w twarz i komunikował się z otoczeniem za pośrednictwem elektroniki. Ludzie wychowani na antytechnologicznych sloganach uważali to teraz za sposób podejrzany i odpychający. Dzielnica w której spędził niemal całe życie stała się obca i nieprzyjazna.

             W rządowym apartamentowcu dla osób o niskim dochodzie (i niskim poziomie inteligencji) panował podejrzany zapach; skrzyżowanie sfermentowanego końskiego mleka, koreańskiego kimchi i psychoaktywnych dopalaczy. W holu słychać było egzotyczną odmianę angielskiego przemieszaną z krzykiem zapóźnionych w rozwoju emocjonalnym dzieci.
             Piotr Wozny-bis czekał na niego w drzwiach, ale nie zaprosił do środka. Miał dziwnie znajomą twarz, mimo młodego wieku przerzedzone włosy i tak samo jak Wozny szczupłą sylwetkę. Byli do siebie podobni.
             Wozny nie bawił się w uprzejmości.
             – Dlaczego ukradł pan ciało mojego ojca?
             Bis wydawał się przestraszony.
             – Nie mogłem opłacić rachunku, który mi wysłali za przetrzymywanie go w ciekłym azocie…
Głos i sposób mówienia bisa wydał się Woznemu niepokojąco znajomy.
             – Jakim sposobem dostał pan od nich te rachunki?
             – Zwyczajnie. Przyszły na mój adres. Wysłała je ta cała Jutrzenka. Mój stary nazywał się tak samo jak pański. Profesor Wozny…
             – Może mój ojciec i pański ojciec, to ta sama osoba? Nie przyszło to panu do głowy?
Mężczyzna wyglądał na niezadowolonego z takiego postawienia sprawy.
             – Nie sądzę żeby tak było – powiedział ostrożnie. – Nigdy nie miałem brata. Miałem siostrę, która umarła w dzieciństwie.
             – Miała na imię Nika?
             – Może i Nika – zdenerwował się. – Jakie to ma teraz znaczenie? Naprawdę nie mam czasu dłużej z panem rozmawiać, wyjeżdżam właśnie do Indonezji, złapał mnie pan w ostatniej chwili. Mam teraz naprawdę wiele spraw do załatwienia.
             – Proszę pana tylko o krótką rozmowę.
             – W takim razie, jutro na lotnisku – odpowiedział bis nie patrząc mu w oczy. – Depeche Mode International, terminal dwunasty, czwarta zero zero. Do widzenia.

             Przed laty, kiedy zrozumiał, że jego zegar obraca się wolniej niż powinien, zdecydował, że więcej się z nikim nie zwiąże, sądził, że tak będzie lepiej. Śmierć bliskich była najgorszą rzeczą jakiej dotąd doświadczył. Nie poznał ojca, nie pamiętał dzieciństwa, miał coraz więcej czasu. Spędzał go w otoczeniu rodzinnych pamiątek. Rolex, iMac, który po stu dziesięciu latach, wciąż jeszcze pracował, rower górski ojca, dwie sztuki broni; oksydowany na czarno Ruger 10/22 do strzelectwa sportowego i feralny Colt 45 żony. Dom obwieszony był starymi zdjęciami, meble, które zapewne wybierała matka, wciąż stały w sypialniach i living roomie; nieużywana pół wieku czerwona Tesla Model S, na sparciałych oponach, rdzewiała w garażu do którego czasem włamywali się bezdomni.
             Przedmioty nie dawały odpowiedzi na pytanie, które było dla niego najważniejsze; szukając jej od lat uprawiał internetową archeologię. Internet 3.0 (i późniejsze wersje) był w stanie zaniku, przed całkowitym zniknięciem chroniły go organizacje typu non profit, którym coraz trudniej było utrzymać przestarzałą infrastrukturę chmury. Wcześniej w podobny sposób rozpadły się autostrady i linie kolejowe.
             Wszystko co dotąd znalazł, znajdowało się na jednym z dwóch kont e-mailowych ojca. Pomimo stu lat od jego śmierci, oba były wciąż aktywne. To najcenniejsze znajdowało się pierwotnie na serwerze Stanfordu i opatrzone było prostym hasłem, które najprawdopodobniej zostało wygenerowane losowo. Baaza radziła sobie z czymś takim w ułamku chwili. Pamiętał uczucie zażenowania, kiedy po raz pierwszy przeglądał prywatną korespondencję starego. Ostatni wpis na koncie nosił datę 14 kwietnia 2018, trzy miesiące przed jego śmiercią. Zawierał zdjęcia rodziny. Ojciec stał w towarzystwie matki, przed nimi kilkuletnia siostra Woznego, Nika. Na jednym ze zdjęć roześmiana Nika z trudem dźwigała tłustego kota. Widział go w dzieciństwie, próbował sobie przypomnieć jego imię. To zdjęcie najbardziej utkwiło mu w pamięci.
             Tego popołudnia nie mógł się skupić na pomiarze długości telomerów. Zresztą, dobrze wiedział, że będzie taki jak zawsze. Rozważał o czym ma rozmawiać z człowiekiem, który przywłaszczył sobie ciało jego ojca. Co o nim myśleć? Rzecz jasna nie zależało mu na odzyskaniu ciała, tym bardziej że zostało wyciągnięte z ciekłego azotu i z pewnością uległo uszkodzeniu. Chodziło teraz o coś innego. Wozny czuł, że bis mógł być kluczem do jego własnej tajemnicy. Na myśl o tym ogarniał go niepokój jakiego nie zaznał od czasu śmierci żony.
             Po bezsennej nocy zdecydował, że wyjawi bisowi prawdę o sobie. Miał nadzieję, że skłoni go w ten sposób do większej otwartości.

             Depeche Mode International pękał w szwach od uchodźców. Wozny znalazł się tam dwie godziny przed czasem. Lot do Dżakarty liniami dyskontowymi Bin Laden zaplanowany był na osiemnastą piętnaście. Większość mijających go ludzi miała na twarzach maski ochronne.
             Odnalazł go piętnaście minut po czwartej w barze kawowym Tim Hortons. Piotr Wozny-bis wyglądał na zdenerwowanego. Rozglądał się niespokojnie i niczego nie zamówił. Wozny podszedł do niego z dwoma kubkami kawy.
             – Nie zauważył pan tutaj nic dziwnego? – zapytał na powitanie bis. – Myślę, że psy mnie śledzą. To zresztą powód dla którego wynoszę się z tego kraju.
             – Woli pan słodzoną, czy gorzką?
             – Dziękuję za kawę, ale nie skorzystam, może pan sobie wypić obie. Piję tylko fabrycznie zamknięte napoje, wie pan, puszki, zakapslowane butelki, kartoniki…
             Wyglądało na to że był świrem.
             – Mogę panu przynieść wodę w butelce, jeśli pan sobie życzy – zaproponował Wozny.
             Bis nawet na niego nie spojrzał.
             – A skąd ja mogę wiedzieć kim pan jest? Już mówiłem że śledzą mnie psy. Dla nich wmówić człowiekowi, że ma brata to tyle, co dla pana napić się pieprzonej kawy!
             – Mnie też się czasem wydaje, że jestem obserwowany – powiedział spokojnym głosem Wozny. – To zapewne dzieje się tylko w naszych głowach. Niech mi pan tylko powie, co wie o moim… naszym ojcu i szybko zostawię pana w spokoju.
             Na twarzy bisa pojawił się niedobry grymas.
             – On? Zmarnował mi życie. Jeśli pan nie wierzy dam panu przykład. Próbowałem znaleźć rządową posadę, od dziecka chciałem być strażakiem. Odrzucili mnie. Podobno, żeby mnie sprawdzić, zadzwonili do ojca dziewczyny z którą chodziłem w gimnazjum, wie pan, oni potrafią być dokładni. No i podobno, ten facet powiedział, że byłem ćpunem. Uwierzyłem im, wie pan, w młodości człowiek wąchał różne rzeczy… Ale potem się nad tym wszystkim zastanowiłem i zrozumiałem, że powodem, dla którego mnie odrzucili był mój stary. Niech mi pan powie, kim chciał pan zostać w młodości?
             – Strażakiem – uśmiechnął się Wozny. – Odpadłem na teście walki na filipińskie noże.
             – Kto wie, może i pana oszwabili tak samo ja mnie.
             – Ma pan po ojcu jakieś pamiątki? Gdzie go pan pochował? Dlaczego zabrał pan jego ciało z instytutu?
             Bis uniósł się z krzesła i przybliżył do Woznego poczerwieniałą twarz.
             – Niech pan na mnie tak nie wsiada, dupku żołędny. Zastanawiam się czy w ogóle powinienem z panem rozmawiać.
             – Spokojnie – mruknął Wozny. – Proszę, niech pan usiądzie.
             Przez chwilę obaj milczeli. Bis siedział na krawędzi krzesła i niespokojnie się rozglądał.
             Wozny też był kiedyś typem cholernika, ale zmienił to farmakologicznie, biorąc tabletki na korekcję osobowości.
             – Cholera, myślę, że zaraz mnie tu aresztują, nie dadzą mi stąd spokojnie wyjechać. Wyobraź pan sobie, że chcą mi jeszcze odebrać kolekcję broni.
             – Kolejny zbieg okoliczności – powiedział Wozny. – Ja również mam kilka gnatów na które rząd ostrzy sobie zębiska.
             – Niech mi pan jednak, z łaski swojej, przyniesie tę butelkę wody – poprosił bis.
             Wozny wstał i bez słowa ruszył w kierunku stoiska z napojami. Kiedy, po dłuższej chwili, wrócił do stolika z kolejną kawą i butelką nabitego gazem rozweselającym Periera, miejsce przy którym siedzieli było już puste. Przez moment poczuł się jak we śnie, jakby w rzeczywistości nie doszło do ich spotkania. Jedyny ślad, to kubek niedopitej kawy i wciąż ciepłe krzesła. Wokół było aż nazbyt spokojnie. Ludzie przechodzili obojętnie, nikt nie zauważył niczego szczególnego. Nikt nie rozumiał, że właśnie wydarzyła się katastrofa. Wozny był już pewien, że więcej nie zobaczy swojego brata. Czuł jak ogarnia go atak paniki.

             Po zastosowaniu filtrów ze słów-kluczy znalazł sporo odnośników z których niewiele jednak wynikało. W kontekście własnego imienia trafił na lakoniczną notatkę od matki:
             “Chciałabym, żeby on również w razie potrzeby miał dostęp do n.i.x., być może będzie chciał kiedyś z tego skorzystać…”
             Notatka nie wskazywała do czego miałby mieć dostęp, ale wydała mu się niezwykle ważna. Najwyraźniej zdaniem jego rodziców istniało coś do czego powinien mieć dostęp. Tajemnicze “n.i.x.” Coś o czym nie wiedział, a wiedzieć powinien.
             Wiadomość od ojca, poprzedzająca wpis matki zawierała wzmiankę o wprowadzeniu danych obojga rodziców do skanera geometrii dłoni otwierającego zamek do boksu wydziału genetyki Uniwersytetu Stanford.
             …“n.i.x.”, z czym kojarzył się ten skrót? Któregoś dnia tknięty przeczuciem odpiął zegarek. Na bransolecie, obok jego imienia wygrawerowane było: “Equinix, Palo Alto.” Szukał dalej. Baaza informowała, że obiekt o takiej nazwie w dalszym ciągu znajdował się w Palo Alto. Było to centrum danych z początku XXI wieku.
             Drugie konto e-mailowe ojca było niemożliwe do otworzenia. Baaza podała jednak współrzędne serwera, jego adres, dane właściciela, nawet wymiary budynku. Ponownie Equinix Data Center, Palo Alto.
             Czy “n.i.x.” równało się Equinix? Musiał to sprawdzić. Było to jakieś trzy i pół godziny stąd tyle, że musiał jechać ponad stuletnimi autostradami 101 i 280, które rozpadały się pod kołami i ludzie wpadali do dziur w zrujnowanych wiaduktach. Średnio fajne. Dawniej, w czasach świetności, przed Wielką Plagą, droga ta zabierała przeciętnemu kierowcy nie dłużej niż trzydzieści minut, teraz Baaza mówiła o ponad trzech godzinach.

             Pojechał tam szybciej niż się tego spodziewał. Po kilku dniach Baza przekazała mu wiadomość, która przewróciła jego życie do góry nogami.
             “Ustaliliśmy, że przeszedł pan nielegalną terapię genetyczną, podczas której użyto groźnego wektora wirusowego. Stanowi pan zagrożenie dla otoczenia, proszę nie opuszczać mieszkania, spakować rzeczy osobiste i przygotować na kwarantannę w ośrodku medycznym poza miastem. Służby ochrony biologicznej będą u pana w ciągu godziny – Inspektor Jonathan Kovalsky.”

             …cougar42 uparcie prosiła o kontakt. Czując, że za chwilę już nie będzie w stanie tego zrobić, Wozny połączył się z nią przez jeden z kanałów Baazy.
             – Dlaczego mnie nie uprzedziłeś, że jesteś cholernym mutantem? – wypaliła na powitanie.
             – Skąd ci przyszło do głowy, że jestem mutantem?
             – Była u mnie policja. Potraktowali mnie jakbym roznosiła trąd. Straszyli kwarantanną, chcieli mi włożyć sondę do pochwy. Mam nadzieję, że wytłumaczysz im jak to z nami było!
             – Jak tylko mnie o to zapytają, obiecuję. Pewnie niedługo nadarzy się okazja – odpowiedział.
             – Ile już załatwiłeś takich naiwniaczek jak ja?
             – Nie wygłupiaj się…
             – Ja się nie wygłupiam, a ty?
             – Nie roznoszę żadnych chorób i z nikim się nie spotykam. Bądź spokojna.
             – Naprawdę? Więc, co ci jest do cholery?
             – Przestałem się starzeć. Ale to nie jest groźne dla otoczenia.
             – Policja chyba tak nie sądzi.
             – Myślę, że oni wiedzą o mnie coś, czego ja sam nie wiem. Szukam śladu, który pozwoli to wszystko zrozumieć.
             – Daj mi znać, jak już zrozumiesz – powiedziała z przekąsem.
             – Jestem dużo starszy niż myślałaś, tego ci nie powiedziałem, przykro mi, że wprowadziłem cię w błąd.
             – Niezły z ciebie numer lalusiu. Nie cierpię starych miękuszy, zawsze ci to mówiłam. Właściwie, jeśli już jesteśmy szczerzy, technicznie nie jestem ani facetem ani dziewczyną. Jestem wirtualną osóbką, która od samego początku nie miała zamiaru cię spotkać w realu. Jestem wytworem serwisu randkowego, który ma zbyt mało klientów.
             – Rozumiem. Dziękuję za szczerość wirtualna osóbko, ja również nie zamierzałem cię spotkać – odpowiedział Wozny, siląc się na obojętność.
             – W takim razie już się na ciebie nie gniewam. Życzę ci powodzenia, lalusiu. Nie daj się pieskom!

             Samochód należący do Uber przyjął jego polecenia i posłusznie wytoczył się z terminalu. Wokół opuszczone, masywne budynki i przygnębiający rozkład śródmieścia. Ulice po jakimś czasie zamieniły się w autostradę, na której nie było ruchu. Gęsta zabudowa zamieniła się w pola, których nikt nie uprawiał, osaczone przez zdziczałą zieleń poprzecinaną zygzakami rusztowań po nieistniejących billboardach. Okolica w której się wychował była mu obca.
             101 i 280 figurowały na mapie jako nieprzejezdne. Po trzech godzinach dotarł jednak do zrujnowanego parkingu przed starym obserwatorium w Palo Alto. Kiedyś transmitowano stąd sygnał do Wikingów opuszczających układ słoneczny. Przeciągnął się, żeby rozprostować zmęczony kręgosłup. Zdziczały pies w cieniu tablicy dla turystów tropił niewidoczną zdobycz. Ominął go z daleka, pies leniwie uniósł tylną łapę, a potem ruszył drogą na południe.

             Poczta oprócz wezwań od inspektora zawierała nową wiadomość od cougar42:
             – Gdzie do diabła teraz jesteś?
             Połączył się z nią nie zwalniając kroku.
             – Wyjechałem, załatwiam swoje sprawy, więcej nie mogę ci teraz powiedzieć.
             – Psy zaczynają się denerwować. Szukają cię. Znowu tutaj węszyli.
             – Tutaj, to znaczy gdzie? – zapytał.
             – Już ci powiedziałam. Jestem wirtualną osóbką. Stanowię własność upadającego serwisu randkowego, który w dobrych czasach był rywalem Facebooka, zostało nam tylko niewielkie biuro na tyłach salonu elektronicznego tatuażu.
             – Rozumiem – mruknął. – Zapomniałem o tym.
             – Zostaniesz zutylizowany, wysterylizowany nie mówiąc już o kilkuletniej kwarantannie – ostrzegła.
Jak na wirtualną dziwkę wydawała mu się zbyt pełna emocji.
             – Szybko cię złapią, ale nie zapomnimy o tobie Wozny. Opublikujemy twoją historię w duchu dawnego Internetu.
             – Dziękuję – odpowiedział ponuro. – Wolałbym jednak tego uniknąć.
             – Życzę ci powodzenia, lalusiu. Daj znać jak już załatwisz swoje sprawy. Obyś poznał prawdę o sobie. My też jesteśmy ciekawi dlaczego się nie starzejesz. Całuski!

             Skorumpowana przez policję Baaza, łamiąc jego firewall, wtłoczyła mu w końcu do głowy przekaz, którego od dłuższego czasu starał się nie odbierać. Była to wiadomość od inspektora Kovalskyego:
             “Wiemy ze szuka pan śladów po swoim ojcu. Jest pan w okolicy Stanford. Podlega pan nakazowi aresztowania. Pański ojciec jest współodpowiedzialny za wybuch Plagi. Zbieranie jakichkolwiek pamiątek po nim jest przestępstwem. W pańskim interesie leży natychmiastowe oddanie się w ręce policji lub odpowiednich służb medycznych. Jest pan zagrożeniem biologicznym dla ludzi i zwierząt…”
             Dobre sobie. Może również dla roślin? pomyślał. Najgorsza wydawała mu się teraz niepewność czy ojciec rzeczywiście nie zrobił nic złego. Być może pośród kłamstw inspektora było ziarnko prawdy. Rzecz jasna to nie ojciec wywołał Plagę, wywołała ją wroga nauce polityka ówczesnego rządu. Pozostało jednak faktem, że jedynym skutecznym sposobem eliminacji procesu starzenia się był odrażający chimeryzm. Mogło to być jednak pokusą, której ojciec nie zdołał się oprzeć. Kiedy o tym myślał, zaczynał się sobą brzydzić. Kim był? Czy zasługiwał na to żeby żyć bez piętna wieku? Czyim kosztem to się odbywało?
             Nie zwalniając kroku sprawdził nawigację. Był oddalony o dwie przecznice od Equinix Data Center; był to obiekt z czasów klasycznego Internetu, według Baazy, znajdujący się wciąż w użyciu dzięki kontraktowi na minimalną konserwację z funduszy non-profit i darmowej energii w Stanie Kalifornia. Budynek miał pół kilometra długości i powierzchnię kilku boisk piłkarskich. Wozny szedł wzdłuż pozbawionej okien ściany, przed którą wykoślawiał się rząd zdziczałych magnolii. Przed wejściem leżał moduł poczwórnych drzwi z przedsionkiem kontroli dostępu, w całości wyrwany z muru, prawdopodobnie przy pomocy podnośnika hydraulicznego, który rdzewiał obok w krzakach zarastających dawny trawnik.
             Pomimo jęku klimatyzacji powietrze wewnątrz było martwe i lepkie. Kolejne, szeroko otwarte drzwi znajdujące się w holu ziały jeszcze głębszym półmrokiem, w którym aż po horyzont tonęły rzędy stalowych klatek. Z ich wnętrza mrugały na zielono i pomarańczowo dziesiątki tysięcy staromodnych LED-ów. Kiedy ruszył w ich stronę dostrzegł, że niektóre klatki były zdewastowane i nosiły ślady włamania, podłoga techniczna pokryta była warstwą pyłu, gdzieniegdzie brakowało w niej paneli, w głębi piętrzyły się odnogi kanałów wentylacyjnych i rzeki okablowania. W powietrzu czuć było woń przegrzanych układów scalonych.
             Nagle zamigotała przed nim wklęsła twarz o rozpalonym spojrzeniu, która na pierwszy rzut oka wydawała się brzydka, a potem już tylko śmieszna; odstająca żuchwa, haczykowaty nos, tyczkowata sylwetka. Osobnik miał ponad dwa metry i znajdował się w ciągłym ruchu. Nie wyglądał na zakaźnie chorego, raczej na kliniczny przypadek ADHD.
             – Czego tu szukasz, chłopcze?
             – Serwera – odpowiedział wskazując na rzędy boksów. – Trudno się w tym wszystkim połapać.
             – Jest tu dwadzieścia tysięcy serwerów – zachichotał drab i unosząc ramiona obrócił się wokół własnej osi. – Spróbuj to wszystko rozgryźć, koleżko…
             – Serwer, którego szukam należał do wydziału genetyki Uniwersytetu Stanforda
             – Znamy, znamy! – zmarszczył się drab, niemal dotykając czubkiem nosa odstającej żuchwy. – Studiowałem na Stanfordzie gospodarkę odpadami, wtedy wydziału genetyki już nie było. – W jego głosie zabrzmiało zainteresowanie. – O ile wiem, po wybuchu Plagi część genetyków wsadzili do pierdla, a część skasowali. Myślisz brachu, że tu jeszcze coś po nich ocalało?
             Wozny w milczeniu przyglądał się oznakowaniom jednego z boksów. Nie doczekawszy się odpowiedzi, osobnik westchnął i zaczął się zawzięcie drapać po plecach.
             – Dla nas, kolego, generalnie twoja obecność oznacza, że będą tu łapsy, czyli, że jesteśmy w głębokiej dupie. Znajdujemy się w samym środku cyklu produkcyjnego substancji podlegających rządowej kontroli i będziemy musieli zatrzymać całą linię.
             Z ponurą miną wyciągnął z kieszeni pojemnik z jaskrawoczerwonym proszkiem. Była to, z pewnością ryfampicyna, wyjęty spod prawa środek na trąd. Przebój minionych dekad i tejże również. Wozny natychmiast pojął, że zjawił się tu w złej chwili.
             Nagle usłyszeli czyjś głos.
             – Psy już tu są, zaparkowali przed wejściem dwa samochody, boją się wejść do środka.
             Mówiący stał na granicy mroku i miał przeoraną trądem twarz.
             – Valentino, przynieś mi dwa łomy. Nie czekajcie na mnie.
             Pomimo ADHD, człowiek-tyczka potrafił się jednak skoncentrować.
             Właściciel przeoranej twarzy wzruszył ramionami.
             – Jak chcesz QC. Jesteś szefem, wiesz co robisz.
             QC popatrzył na Woznego i wykonał coś w rodzaju uśmiechu.
             – Zdaje się, że szanowny kolega również wolałby uniknąć spotkania z policją?
             – Raczej tak, proszę pana.
             – Spróbuję ci pomóc – powiedział QC, który przestał się chyba już koncentrować, bo nerwowo szczypał owłosione ramię.
             – Nie pytaj mnie hombre dlaczego to robię, bo sam nie wiem. Chyba tylko z głupoty…
             Wozny skrzyżował ręce na piersiach i ukłonił się lekko.
             – Dzięki, QC.
             – Klatki z serwerami Stanfordu powinny być po przeciwnej stronie, nie traćmy czasu.

             Dotarli tam po dość długim marszu. Głowa QC obracała się jak peryskop. Szafy serwerowe nie różniły się tutaj niczym od tamtych po drugiej stronie budynku. QC zaczął buczeć i zawzięcie masować ramiona.
             Nagle wstrząsnął nimi nowy głos.
             – To tutaj, jesteście na miejscu. Panie Wozny, pański ojciec pomyślał o wszystkim!
             Wozny odwrócił się gwałtownie. Za jego plecami stał inspektor Kovalsky, uzbrojony w maskę ochronna i pistolet.
             QC przeklął i poczerwieniał, jakby miał za chwile się rozerwać na kawałki.
             Inspektor przyglądał się im uważnie, następnie zbliżył się do nich utykając. Miał chroniczną kontuzję futbolową, na oko był zbyt masywny by naprawiać zegarki. W młodości z pewnością był gwiazdą sportu w swoim collegu. Takie bezmózgi jak on były najchętniej zatrudniane przez rząd.
             – Pańskie rodzinne archiwum bardzo nas interesuje, panie Wozny. Poświecimy mu dużo uwagi. Tymczasem jestem zmuszony pana aresztować.
             Inspektor był zbyt silny i zbyt doświadczony, żeby go pokonać w sposób konwencjonalny. Wozny zginąłby na miejscu.
             – Rozumiem inspektorze, proszę mnie aresztować, ale niech mi pan przedtem pozwoli sprawdzić zawartość serwera.
             – Wykluczone! – warknął inspektor. – Zawartość tego serwera jest ściśle tajna. Te informacje należą teraz do Stanu Kalifornia.
             Mówiąc to, wyciągnął niewielki pakunek z kieszeni polowych spodni, były to standardowe spodnie typu BDU, z egzoszkieletem, autonomicznym centrum obliczeniowym, racją żywnościową, opatrunkiem, pampersem i zatrutym bagnetem z nanorurek… Inspektor podał Woznemu pakunek.
             – Proszę założyć to na twarz, przed odprowadzeniem muszę pana spryskać bioneutralizatorem.
             Wozny czuł jak uginają się pod nim nogi.
             – Nie proszę pana o wiele, niech mi pan da pięć minut z serwerem…
             – Wykluczone. Zastrzelę pana jeśli będę musiał.
             Inspektor uniósł pistolet, wariację Walthera P38 z tłumikiem. Czegoś podobnego używało Stasi do egzekucji na więźniach politycznych, wydrukował go ktoś, kto się bardzo nudził.
             W tym momencie usłyszeli głos Valentino:
             – Odłóż pan tę zabawkę!
             Wozny ujrzał powoli wysuwającą się zza siatki podwójną lufę pięknej, zdobionej motywem powoju, strzelby taktycznej Mossberga. Valentino miał minę człowieka, który nie żartuje.
             – Jeśli chcesz pożyć glino, każ swoim psom wyjść z tego budynku.
Inspektor stanął w rozkroku i stękając z trudem położył pistolet na podłodze, puszczając przy tym głośnego bąka.
             – Moi ludzie tu nie wejdą jeśli im nie rozkażę, możecie być spokojni – sapnął.
             Potem przewiercił Woznego lodowatym spojrzeniem.
             – Muszę jednak pana uprzedzić, panie Wozny. Jeśli nie pójdzie pan ze mną, czeka pana dożywotnie towarzystwo takich kanalii jak ci dwaj.
             Wozny nie zwracał już na niego uwagi. Walczył teraz z zamkiem do klatki z serwerem.
             – Poczekaj – powiedział QC unosząc łom. – To skaner geometrii dłoni. Stara rzecz, ale działa. Musimy wyłamać drzwi.
             – Myślisz, że to ta? – zapytał Wozny przyglądając się szafie serwerowej za kratami klatki.
             – Na pewno. Masz tu ślad po nazwie wydziału genetyki. Bierz łom i do roboty.
             Wozny jednak nie wziął łomu. Powoli zbliżył się do skanera i położył na nim dłoń. Skaner błysnął i drzwi klatki otworzyły się z piskiem.
             – Do diabła! – QC wykonał dzikiego łamańca. – Co to za jaja hombre, jesteś pieprzonym cyborgiem?

             Pokryty warstwą kurzu monitor ożył; pojawiła się na nim zmęczona twarz ojca. Wozny po raz pierwszy usłyszał jego głos.
             “Drogi Piotrze, synu. Próbowałem cię… was… chronić przed prawdą, ale skoro zadałeś sobie trud, żeby tu dotrzeć to znaczy, że nadszedł czas abym ci ją wyjawił. Zostało mi jeszcze kilka godzin, jestem zdecydowany umrzeć zanim zostanę aresztowany. Nawet jeśli uniknę długiego więzienia nie będę już mógł kontynuować swojej pracy. Moje dalsze życie straciło sens. Ty jeszcze się nie urodziłeś… urodziliście… Jesteście już jednak w łonach swoich matek. Dzięki waszym narodzinom moje odejście nie będzie całkowite. W tobie, twoich braciach i siostrach pokładam nadzieję na przyszłość…
             Moje badania dawno już dobiegły końca. Największym problemem stało się uzyskanie zgody na ich wdrożenie ponieważ władze i społeczeństwo traktują teraz nas z coraz większą podejrzliwością. Znaleźliśmy sposób na trwałe przedłużenie telomerów, udało się nam również zacieśnić nici DNA w heterochromatynie. Kiedy mój zespół uzyskał pewność, że metoda jest bezpieczna, postanowiliśmy kontynuować badania w ukryciu. Ich ukoronowaniem będziesz ty, twoi bracia, a po nich również siostry. Jestem już pewien, że niedługo wszyscy przyjdziecie na świat.
             Twoja matka zgodziła się przyjąć zapłodnioną komórkę jajową z wymienionym jądrem, które poddaliśmy uprzednio procesowi opracowanemu w naszym laboratorium i które pochodziło z komórki somatycznej pobranej z mojego organizmu. Być może domyślasz się już, że wypowiadam te słowa do swojego klona. Jesteś moją kopią, tak samo jak twoi identyczni bracia, którzy urodzili się kobietom z mojego zespołu. Decyzja powielenia mnie w wielu kopiach wynikała ze względów praktycznych, nie będę się nad tym rozwodził, powiem tylko, że mój zespół wybrał mnie chociaż o to nie zabiegałem.
             Ty, twoi bracia, a później siostry, macie do wypełnienia misję. Jeśli rzeczywiście się nie zestarzejecie będzie to ogromny sukces naszego laboratorium. Z pewnością w przyszłości pojawią się problemy, których nie jestem teraz w stanie przewidzieć. Wasza misja polega na tym, aby przeżyć i pokazać światu, że wszystko jest możliwe. Wiem że mogą cię znienawidzić dlatego, że się nie starzejesz. Postaraj się za wszelką cenę odnaleźć swoich braci. Rozpoznasz ich po imieniu i nazwisku, wszyscy nazywacie się Piotr Wozny. Teraz, kiedy słuchasz moich słów nadszedł już czas, żebyście nawiązali ze sobą kontakt.”
             Ojciec spojrzał na zegarek, który Wozny natychmiast rozpoznał jako swojego Rolexa Daytone. Następnie wykonał energiczny gest do osoby filmującej go. Wideo się urwało.

             – Skomplikowane, przyznaję… – mruknął QC – Jesteśmy jeszcze w stanie bezpiecznie cię stąd wyprowadzić.
             Wozny spojrzał na stojącego nieruchomo inspektora i zawahał się.
             Inspektor wyglądał na zasmuconego.
             – Chcieliśmy przed panem ukryć prawdę dla pańskiego dobra – powiedział. – Zresztą nie wiedzieliśmy wszystkiego, na przykład tego, że jest was więcej, i że jesteście klonami. Ojciec pozbawił pana starości. Moim zdaniem wyrządził panu w ten sposób krzywdę. Nie wspomnę już o konsekwencjach dla całego społeczeństwa. Działania pańskiego ojca traktujemy jako bioterroryzm. Jest pan jego ofiarą i ma pan szansę bronić swoich praw przed sądem. Niech ją pan wykorzysta. W przeciwnym wypadku będzie pan wyjęty spod prawa.
             – Nie słuchaj go! – powiedział QC ze wzgardą. – To tylko policyjny palant.

             Na zewnątrz była już cicha kalifornijska noc, z każdym krokiem coraz mocniej zlewali się z nią zagubieni w labiryncie wymarłego Palo Alto, w oddali jaśniała łuna policyjnych świateł. Wymijali ją szerokim łukiem, szli ścieżką wzdłuż jakiejś zapomnianej drogi wśród posępnie wyglądających cyprysów.
             Wozny myślał o misji, którą powierzył mu ojciec. Być może czegoś takiego przez całe życie mu brakowało. Być może to sprawi, że wreszcie poczuje się starszy.
             QC w porównaniu z resztą idących był komicznie tyczkowaty. Szedł na przedzie. Wszyscy milczeli czekając co powie; w końcu odwrócił się do nich, białka jego oczu połyskiwały jak ślepia kojota.
             – Panie i panowie, możemy zwolnić, jesteśmy tu bezpieczni. Niech żyje wolność!
             Nikt mu nie odpowiedział. Mieli za sobą forsowny marsz, niektórzy z nich mieli naprawdę dość. Dobrze wiedzieli, że QC był świrem i często bredził od rzeczy, potrafił jednak dodać im otuchy.
             Woznego czekało życie poza Baazą, żeby przetrwać musiał się teraz od niej odłączyć. Stać się cieniem. Być jak nielegalni uchodźcy z Kanady albo chorzy zbiegowie ukrywający się przed kwarantanną i koloniami dla trędowatych. Wiedział że będzie musiał szukać swoich braci po omacku, ale nie obawiał się tego. Nadeszła chwila, żeby się pożegnać z Baazą, nie miał tam chyba już nikogo. Po namyśle połączył się jednak z cougar42.

             Kiedy jej o wszystkim opowiedział, zaczęła się śmiać. Zdziwiony czekał co miała mu do powiedzenia.
             – Złapałeś mnie dosłownie w ostatniej chwili – odrzekła po chwili. – Ja również się odłączam od Baazy. Przekonałeś mnie, teraz już ci wierzę! Posłuchaj uważnie: Technicznie jestem twoim klonem, nazywałam się Piotr Wozny, ale zmieniłam imię i płeć. Pomyśl tylko – zachichotała. – Miałeś romans z własnym klonem, Czujesz dreszczyk?
             – Teraz chyba żartujesz?
             Ona jednak mówiła dalej.
             – Moglibyśmy to nawet kontynuować, stalibyśmy się kimś w rodzaju prarodziców nowych, zawsze młodych ludzi. Czy nie o to chodziło naszemu staremu, kiedy mówił o misji? Wiem o czym teraz myślisz, ale możesz być spokojny. Zmiana płci jest całkowita, mam przeszczepioną macicę i całą resztę interesu potrzebną do zapewnienia ci potomstwa i godziwej rozrywki. Zapewniam cię jestem i czuję się kobietą.
             Wozny nie odpowiedział, wolał po prostu iść. Doszedł do miejsca w którym mrok stał się tak gesty, że nie widział swoich stóp. Zostało mu kilka sekund połączenia z Baazą.
             – Za chwilę rozłączymy się na zawsze – powiedziała cougar42. – Będziesz jednak mógł mnie odnaleźć. Pamiętasz kundla, którego minąłeś pod obserwatorium? Wabi się Brodmann i wciąż tam na ciebie czeka. Jest zdalnie sterowany. Zaprowadzi cię do mnie, jeśli tego od niego zażądasz. Decyzja należy do ciebie…

Prezmek Wozny

2 Responses to 10 Pole Brodmanna

  1. Karo says:

    Jestem pod wrazeniem Przemek!!! Jutro bede czytac dalsze 😀

  2. Podziwiam twój blog 🙂 dziękuję za tak dużą dawkę wiedzy

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *