Rekwizycjacja™

Prezmek Wozny

Podobno jedyny dobrze prosperujący biznes na księżycu to zabezpieczanie ciał przed rozkładem. Do innych trzeba tylko dokładać. W zonie Rükl 73, nie brakowało zimnych kraterów na ciała. Tam też zbudowano Międzynarodową Strefę Wolności, najnowszą kolonię lunarną Nowej Ortygii.
          Oprócz kriogeników i specjalistów od biostazy, była tam jeszcze spora grupa deportowanych z Pływającej Wyspy, którym dano tu pracę na niższych stanowiskach. Zdarzali się też czasem odwiedzający z pobliskiej stacji naukowej Państw Unii Lądu. Wszystkich tych ludzi łączyło pragnienie jak najszybszego powrotu na Ziemię. Pomimo księżycowych przywilejów jak wczesna emerytura, czy zaliczenie lat w poczet odbytej kary, pobyt na księżycu nie nastrajał najlepiej. Nikt nie miał ochoty marnować tu życia.
          Bar w którym sprzątał był zrobiony na XX wiek, toalety także. Najgorsze były te damskie, na ziemi nie znalazłby brudniejszych. Zatkane muszle, na ścianach podejrzane zygzaki i kulki. Cholerny robot czyszczący jak zwykle odmówił posłuszeństwa, czekały go upojne chwile w dziurawych gumowych rękawiczkach. Te rękawiczki chyba najlepiej ilustrowały jego sytuację.
Premsyl Wozny cienko prządł, nie dało się temu zaprzeczyć. Od czasu rekwizycjacji, z przeoranym umysłem, dysleksją, ADHD i amnezją nadawał się tylko do najgłupszych zajęć.
          Żeby przestać się nad sobą użalać wyobraził sobie, że jest na Pływającej Wyspie i wypatruje gęsi, którym zabrakło sił do dalszego lotu. Skłębiony przybój srebrzył się jak ostrze noża.
          Tym razem jednak sztuczka z wyobrażaniem się nie udała. Gęsi trzymały się dzielnie i odleciały w siną dal. Patrząc na zatkaną muszlę i brudne ściany zrozumiał, że czas nie ruszy dzisiaj na skróty. Do tego, w damskim sraczu wybuchła dzika awantura.

          Kobieta pochodziła z Lądu, mężczyzna z Nowej Ortygii. Mężczyzna nazywał się Fridricks. Oboje z pewnością byli szpiclami. Właśnie zawzięcie skakali sobie do oczu. Miał dzisiaj pecha.
          Zamknął się w kabinie, uzbrojony w szczotkę, izotopowy detergent Palmolive i masywny klucz nastawny do zaworów hydraulicznych. Niestety żadne z tych urządzeń nie miało mikrofonu ani kamery. Chcąc nie chcąc, nastroił się na odbiór wrzasków i wyzwisk w realu.
          Zaskoczona w intymnej sytuacji agentka była z pewnością dzielną kobietą. Na groźbę, że zostanie uduszona i utopiona w ekskrementach, odpowiedziała napastnikowi dosadnym lądowym idiomem, który był równie obelżywy, co trudny do przetłumaczenia.
          Nagle drzwi od kabiny odskoczyły razem z zasuwką. Groźnie wyglądający typ o nazwisku Fridricks wpatrywał się w Woznego z zaciśniętymi pięściami. Po chwili złapał go za bluzę i wywlókł na zewnątrz.
          – Podsłuchiwałeś głupcze!
          Stali twarzą w twarz. Premsyl Wozny igrał ze śmiercią. Na księżycu nie było broni palnej, ale sposobów zabijania było tu więcej niż na ziemi. Fridricks uśmiechnął się jednak nieoczekiwanie, złagodniał i wyciągnął z kieszeni krystaliczny owal. Skorupka jajka Fabergé kryła rozpuszczony w płynie rdzeniowym ekstrakt pamięci magicznej.
          – Jeśli się nie mylę, czegoś takiego właśnie potrzebujesz, żeby mieć normalne życie. Dam ci to, a ty w zamian wyświadczysz mi jedną przysługę.
          – Przysługę?
          Wozny z fascynacją wpatrywał się w oczy Fridricksa; były jak dwie kostki zmrożonego szkła.
          – Rozwalisz jej tym głowę – Fridricks wskazał na klucz nasadowy. – To porządna stal chromowo-wanadowa z certyfikatem na przestrzeń kosmiczną, znam się na tym – zachichotał. – Wystarczą dwa albo trzy razy. Oczywiście pod warunkiem, że będą celne. Na wszelki wypadek, zaciśniesz jej potem tchawicę.
          Odcięta od drzwi wyjściowych kobieta była blada, ale panowała nad sobą.
          Fridricks teraz nawet na nią nie spojrzał.
          – Twoje honorarium to doładowanie magpamięcią i powrót do domu. Masz dziesięć sekund do namysłu, potem wycofuję ofertę i sam skręcę jej kark.
          Wtedy kobieta ruchem eksperta którejś ze sztuk walki podbiła jego dłonie i chwyciła owalny kryształ.
          Fridricks zawył z wściekłości i złapał ją za ramię. Była zwinniejsza, zdążyła go kilka razy uderzyć i prawie się mu wyrwała. W końcu trafił ja pięścią, przewrócili się oboje, zdesperowana potoczyła owal w stronę Woznego.
          Nie czekał dłużej i uderzył ze wszystkich sił. Potem drugi raz. I trzeci…

          Zostawili go zwiniętego na posadzce, zamknęli za sobą drzwi i podeszli do baru. Barman chciał coś powiedzieć, otworzył usta, ale po chwili je zamknął. Było jasne, że Wozny przestał tu sprzątać.
          Wyciągnęła do niego rękę.
          – Nazywam się Jannat. Pracuję dla rządu Unii Lądów.
          Miała zachodnioazjatycki akcent.
          – Zdążyłem się zorientować. Miło poznać. Miała pani sporo szczęścia.
          – Postaram się żeby pan nie pożałował swojej decyzji.
          Wozny uniósł brwi.
          – Decyzji? Na nic się nie zdecydowałem…
          – Tak czy owak powinniśmy stad iść, niech pan idzie ze mną.
          Wstali od stolika i wyszli na pełną ludzi promenadę. Po piętnastu minutach marszu, cały czas w komfortowym g = 9.8, dotarli do skweru w głębi którego znajdował się otoczony sztucznymi drzewami segment z beżowego kompozytu. Na przytwierdzonej do niego marmurowej tablicy widniał złoty napis: Konsulat Unii Państw Lądu na Południowej Lunie.

          Rekwizycjację wprowadzono po przewrocie 2240 roku, kiedy w Nowej Ortygii odnotowano szczególnie wysokie zróżnicowanie poziomu intelektualnego ludności. Eliminacja tego zjawiska stała się celem nowej władzy.
          Ortygian poddano rewolucyjnej obróbce, najinteligentniejszy kwantyl społeczeństwa pozbawiono części pamięci magicznej, którą zawdzięczali genetyce rodzin założycielskich. Wierzono, że pobierając z ich mózgów PM przywraca się społeczną sprawiedliwość.
          Selekcja negatywna górnego kwantyla obniżyła do pewnego stopnia potencjał całego społeczeństwa, przynosząc mu jednak poczucie większej harmonii. Osoby poddane zabiegowi na ogół przystosowywały się do produktywnego życia na niższym poziomie organizacji, istniała jednak grupa, która osunęła się na społeczny margines. Grupie tej wytoczono procesy deportacyjne, powołując się na zapomniane prawo z czasów pionierskich, kiedy Nowa Ortygia była jeszcze miniaturowym archipelagiem raf wyłowionego z morza plastiku…

          Jannat była doktorem medycyny eksperymentalnej, ale pracowała w policji. Tam znacznie lepiej płacono i dawano możliwość podróżowania po dostępnym ludziom fragmencie wszechświata. Wozny z przyjemnością spoglądał na jej figurę, kiedy odwrócona nalewała single malt. Na ścianie naprzeciw wisiał portret sędziwego prezydenta Unii, starego pierdziela, który wciąż trzymał tam wszystko w garści. Podała Woznemu szklankę i szybko wychyliła swoją.
          – Uwielbiam wodę ognistą – powiedziała krzywiąc się zabawnie. – Wybawił mnie pan z opresji i muszę się panu jakoś odwdzięczyć.
          – Niech więc mnie pani zawiezie z powrotem do domu – odpowiedział.
          – Obawiam się, że nie jest to w mojej mocy. – Uśmiechnęła się smutno. – Mogę panu jednak zaproponować azyl w naszej stacji, wprawdzie nie mamy tam wygód, ale będzie pan mógł wrócić stamtąd na ziemię. To już prawie dom.
          – Moim domem jest Nowa Ortygia i tam chcę wrócić.
          Popatrzyła mu prosto w oczy i westchnęła.
          – Tak, wiem. Pływająca Wyspa, wspaniała Nowa Ortygia. Mamy wielu uchodźców z pańskiego miasta. Wszyscy zostaliście deportowani przez wasz pieprzony rząd. Nie bardzo potrafimy wam pomóc. Jesteście do siebie podobni, chcecie wrócić i nie umiecie się u nas adoptować. Pojmujecie wolność osobistą inaczej niż my.
          – Ma pani ładne imię… – powiedział wpatrując się w plakietkę na jej biurku.
          Wzruszyła ramionami.
          – Jannat. W tłumaczeniu z perskiego znaczy raj. Znajomi nazywają mnie Raj.
          – Ten facet. Przypominam go sobie z czasów, kiedy byłem w zarządzie korporacji.
          – Naprawdę był pan w zarządzie Uroboros? – otworzyła szeroko oczy.
          – Odziedziczyłem tę posadę. Pochodzę z rodziny założycielskiej. Kiedyś to miało znaczenie. No więc ten facet…
          – Teraz też ma to znaczenie! – wykrzyknęła. – Niech to diabli, spadł nam pan prosto z nieba.

          W wieku dwudziestu lat Premsyl Wozny został poddany rekwizycjacji, a po dwudziestu kolejnych latach, na coraz niższych stanowiskach w korporacji Uroboros, podjęto decyzję o jego zwolnieniu i zakwalifikowano do deportacji.
          Zaczynał w radzie nadzorczej, a skończył jako bezrobotny, oskarżony o złą wolę i pasożytnictwo, jak zresztą większość z rozgromionej przez rząd dawnej elity.
          Pasją Premsyla Woznego była nie praca, tylko ratowanie ptaków trafiających na wyspę w czasie migracji. Odziedziczoną po przodkach rezydencję zamienił dla nich w upstrzone odchodami sanktuarium. Wywoływało to protesty sąsiadów. Jego działania zostały przez sąd zaliczone do szkodliwych. Naruszały prawo i kruchy balans ekologiczny pływającego obszaru. Zwiększały presję migracyjną i populację ptaków, które zaczynały zostawać tu na stałe…

          Za szybą rozciągał się pofałdowany, grafitowy krajobraz prześwietlony białym blaskiem za którym kryła się otchłań kraterów. Opuszczali Strefę Wolności w drodze do stacji Unii Lądów. Robiąc to, bezpowrotnie tracił obywatelstwo i majątek.
          Pojazd gąsienicowy zatrzymał się na krawędzi Shoemaker, jednego z kraterów na południowym biegunie do których nie docierały promienie słoneczne. Miejsca te należały do najzimniejszych w Układzie, temperatura spadała tam poniżej minus dwieście stopni Celsjusza. Wydrążona w ścianie krateru stacja miała powierzchnię boiska piłki nożnej i wiele dolnych kondygnacji. Po drugiej stronie znajdował się węzeł przekaźnikowy pompujący z dna ciekły wodór i uzdatniający go na paliwo do rakiet w Międzyplanetarnym Porcie Kosmicznym.
          Jego nowa kwatera była podobna do tej, którą miał w Strefie Wolności, ale nie było tu pseudograwitacji w związku z czym cierpiał na zawroty głowy. Ludzie rozmawiali tu w różnych językach i z reguły nie mieli implantów. Wydawali się dobroduszni i nieco naiwni. W porównaniu z dyscypliną w poprzednim miejscu panowała tu wolność i rozprzężenie. Czas biegł wolniej. Stacja Państw Lądu była zacofana technologicznie.
          Miał dużo wolnego czasu. Przeszedł badania biometryczne i test na inteligencję metodą Bromsztajna. Był to modny w tych czasach algorytm kalkulujący sprawność kognitywną z ruchu plemników.
          Po dwóch tygodniach spotkali się ponownie w kantynie na najwyższym poziomie stacji. Jannat-Raj wydawała się odmieniona. Za przeźroczystą ścianą jaśniał przyprawiający o zawrót głowy zachód słońca przecięty otchłanią krateru. Raj jednak zdawała się go nie dostrzegać.
          – Głosowałam za tym, żeby przedstawić ci naszą standardową propozycję. Byłeś kiedyś kimś ważnym i to jest dla nas cenne. Poza tym masz temperament fajtera, dodała bez cienia dawnego uśmiechu. Jestem za tym, żeby przyjęto cię do firmy. Firma to oczywiście Policja Unii Lądów. Co o tym sądzisz?
          – Już ci mówiłem, że moim celem jest powrót do domu – odpowiedział bez namysłu.
          – Korporacja Uroboros do niego nie dopuści. Wasi obywatele muszą znaleźć sposób, żeby odsunąć od władzy ludzi takich jak Ron Fridricks. Twoim zadaniem będzie ich zwalczać, aż do upadku reżymu. To dla ciebie jedyny sposób na powrót do Nowej Ortygii.
          – Tak twierdzi Policja Unii Lądów?
          – Tak.
          Zauważył, że cień w kraterze uniósł się niemal do samej korony. Wydało mu się, że Raj chciała jeszcze coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie.
          – Za tydzień wracam na Ziemię – powiedziała po chwili. – Nie zobaczymy się więcej. Twoja kandydatura zostanie przypuszczalnie zaakceptowana, jeśli złożysz podanie. Przemyśl to i podejmij decyzję.

          W słabym po rekwizycjacji umyśle Woznego, narodził się pomysł, by w obliczu deportacji zrzec się obywatelstwa i majątku, i wyjechać do Unii Państw Lądu, ze swoim starym kakapo. Zapewne któraś ze starych rodzin, utrzymująca jeszcze jakimś cudem resztki wpływów pokrzyżowała mu plany, mając z pewnością na względzie jego dobro. Kierowała nimi litość, albo solidarność wyższych klas.
          Premsyl Wozny został z łatwością zmanipulowany i wysłany na kolonię lunarną, oczywiście bez nowozelandzkiej papugi do której był tak mocno przywiązany. Pobyt na księżycu dawał mu szanse na rehabilitację, powrót do domu i zachowanie majątku. Przeważył czyjś zdrowy rozsądek. Sam zainteresowany przepełniony był jednak zapiekłym resentymentem…

          Po ucieczce z księżyca został agentem Wywiadu Zewnętrznego. Wszyscy tu podkreślali, że pracował nad uwolnieniem ojczyzny od rządów szaleńców. Przyszłość miała pokazać jak było naprawdę.
          Dostał azyl, pensję i przeszedł trzymiesięczne szkolenie w Sydney. Wynajął tam pokój i w wolnych chwilach zaprzyjaźniał się z zimorodkami, które zmieniły zwyczaje, i zaczęły migrować do Korei, Chin, i Japonii. W tym czasie nie widział się z Raj, ani nie miał od niej wiadomości.
          Któregoś zimnego lipcowego dnia otrzymał wiadomość o pierwszym zadaniu. Została wysłana przez Korpus Kosmiczny, o którym słyszał , ale z którym nie miał jeszcze do czynienia. Wezwano go na prezentację w mobilnym kontenerze ryzykownie umocowanym na jednym ze szczytów Gór Błękitnych, sto kilometrów od zatoki. Uprzedzono, żeby wziął ze sobą plecak, wodę i buty trekkingowe. Już na miejscu dowiedział się, że ma ukończyć Akademię Medyczną i zostać lekarzem. Miał na to pół roku.
          Z zadaniem wiązało się pewne ryzyko. Dostał czas do namysłu. Tyle ile zabierze mu przebycie drogi powrotnej do Sydney.

          Na czarnym rynku Państw Lądu pojawiła się duża partia pamięci magicznej. Była to najbardziej poszukiwana substancja w Układzie, powodująca szybkie uzależnienie i wydłużająca długość horyzontu myśli. Po pierwszej dawce PM, długość horyzontu intelektualnego liczona w psychoparsekach, przewyższała liczbę gwiazd we wszechświecie podniesioną do potęgi 500.
          Koszty społeczne procederu były ogromne i rosły z zatrważającą szybkością. Setki tysięcy samobójstw i drugie tyle zabójstw popełnianych na głodzie. Nielegalne sieci klinik instalujących zamożnym klientom PM dysponowały pieniędzmi większymi niż budżet całych prowincji.
          Wolność, którą dawała maksymalizacja domen poznawczych mogła być w krótkim czasie zrelatywizowana przez paradoksy intelektualne, z którymi biorca pamięci musiał się zmagać. Poszerzenie kąta świadomości wywoływało wyjątkowo silne depresje i według Janosa, et al. w 23.7% kończyło się samobójstwem. Pamięć magiczna była unurzana w śmierci…

          Dokładne instrukcje otrzymał mając już dyplom lekarza. Od sześciu miesięcy czuł nieustającą euforię. Przywrócono mu pamięć magiczną i wszczepiono biomimetyczną protezę hipokampu. Uważał to za najlepszy prezent jaki dostał w życiu.
          Otrzymał PM, ponieważ wymagało tego trudne zadanie, którego się podjął. Dzięki specjalnej instrukcji rządu i warunkowej zgodzie Australijskiego sądu, poddano go operacji przeciwko której Unia oficjalnie występowała z pełną mocą.
          Rządy rezygnują z pryncypiów, gdy w grę wchodzi ich bezpieczeństwo.
          Był znowu kimś wyjątkowym. Odzyskał swoje miejsce w społeczeństwie, chociaż nie było to już jego społeczeństwo. Tak jak w młodości odczuwał radość życia każdą komórką ciała. Zaliczenie sześcioletniego programu medycyny w pół roku było drobiazgiem. Nawet to na czym mu najbardziej zależało, powrót do domu w Nowej Ortygii wydawało się teraz możliwe.
          Wywiad Zewnętrzny prowadził dochodzenie w sprawie handlu PM z Deimosa, na którym znajdowała się stacja zbudowana w ramach programu Exodus. Wywożono tam schłodzonych ochotników utrzymywanych w biostazie, a na miejscu poddawano radykalnej rekwizycjacji. Potem przechowywano ich bez świadomości w obniżonej temperaturze i całkowitej nieważkości jako źródło organów. Było to zbrodnią nawet według prawa, które panowało w Nowej Ortygii.
          Zgodnie z planem, Wozny miał zająć miejsce po aresztowanym lekarzu ze statku przemytniczego Charon-36. Aresztowany zajmował się na pokładzie kolonistami i aparaturą podtrzymującą biostazę. Znalazłszy się pod kontrolą wywiadu poręczył za Woznego i zgłosił kapitanowi Charona jego kandydaturę na swoje stanowisko.
          Na szczęście kapitan ufał tylko uchodźcom z Nowej Ortygii i był gotów go zatrudnić.
          Zadaniem Woznego było dostać się do stacji na Deimosie i potwierdzić lub odrzucić podejrzenia rządu.

          Spotkanie kwalifikacyjne zgodnie z żądaniem kapitana Ahaboffa miało się odbyć w tłusty czwartek podczas tradycyjnego balu w Operze Wiedeńskiej. Wiedeń był stolicą czarnego rynku PM, a doroczny Opernball był jej największą giełdą. Ahaboff i jego ludzie zbierali się tam każdego roku na czymś w rodzaju spotkania integracyjnego. Po miesiącach w przestrzeni spędzonych we własnym towarzystwie wszyscy mieli się serdecznie dość, ale spotkanie było obowiązkowe i chcąc niechcąc zjeżdżali tu kosztem wakacji z najodleglejszych zakątków ziemi, znajdując się w różnych fazach upojenia i kaca. Pojawiali się tam z pracownicami najdroższych agencji, dziewczyny na gorący czas balu, trzeba było bukować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Wyjątkiem był nawigator, który przyprowadzał swoją żonę oraz inżynier pojawiający się w towarzystwie chłopaka. Zapraszano tam nowicjuszy i kandydatów, jeśli tacy byli, i z radością znęcano nad nimi, poddając wymyślonym przez Ahaboffa torturom.
          Wozny dwa dni przed Opernball spędził w jednej ze szkół tańca w pobliżu kościoła Świętego Michała. Nocował w rozkraczonym na obu brzegach Dunaju trzystupiętrowym hotelu Waldorf Astoria, w bezpiecznej odległości od getta jakim był centralny Wiedeń.
          Standardowe jajko Fabergé, na którym opierała się tutejsza ekonomia, zawierało ekstrakt PM pobrany z dwunastu mózgów. Jego koszt wynosił milion dolarów wirtualnych, powiększony nawet dwukrotnie o marżę pośredników plus piętnaście procent na instalację, w którejś z podziemnych klinik. Dilerzy byli z reguły młodymi ludźmi, klienci zaś ocierającymi się o demencję starcami marzącymi o bystrości umysłu. Osiemdziesięciolatkowie porywali do tańca młodziutkie selsmenki, młodzieńcy we frakach prowadzili wiekowe kobiety wspomagane przez ukryte pod koronkami zewnętrzne szkielety.
          Kupujących było więcej niż sprzedawców. Wprowadzono listę oczekujących. Podczas tańca nawiązywano kontakty. Szeptem ustalano koszty i przebijano oferty. Wiener Philharmoniker, zgodnie z instrukcjami, grała dużo ciszej i dyskretniej niż w dawnych czasach.

          Ahaboff miał kwadratową głowę i równie kanciasty styl bycia. Frak leżał na nim jak mundur. Zmiażdżył w uścisku dłoń Woznego i przedstawił swoją piękną partnerkę. Była nią, ni mniej ni więcej, agentka Raj, która w obecnym wcieleniu nazywała się Karolina Zucker. Firma uprzedziła Woznego, że może się na nią natknąć, więc nie był specjalnie zaskoczony.
          Potem Ahaboff przedstawił go swoim ludziom, którzy robili wrażenie podpitych robotników z upadającej fabryki, którzy za ostatnie pieniądze ubrali się we fraki Brioniego, czy Ermenegildo Zegny. W rzeczywistości byli dobraną załogą składającą się z dobrze opłacanych, doświadczonych ekspertów w dziedzinie przemytu kosmicznego. Poznał pięciu. Do kompletu brakowało szóstego, którym miał nadzieję zostać.
          Ludzie Ahaboffa przeprosili swoje kobiety i usiedli w palarni przy zastawionym popielniczkami stoliku. Stuknęli się kieliszkami po czym kapitan wyciągnął z kieszeni czerwone marlboro, deficytowy towar, który Philip Morris produkował już tylko na księżycu. Poczęstował nimi wszystkich z wyjątkiem Woznego, którego poklepał tylko po ramieniu i obdarzył szerokim uśmiechem.
          – Chciałbym pana prosić o przysługę, doktorze. Wyjdzie pan teraz na ulicę z osobą, którą panu wskażemy, to nie potrwa dłużej niż kwadrans.

          – Pani znajomy, Ron Paskudnamorda, chce teraz z panią porozmawiać. Czeka przed wejściem do opery.
          Młoda kobieta spojrzała na niego lodowatym wzrokiem.
          – Ron Paskudnamorda?…
          – Tak.
          – Niech mu pan powie, że jeszcze nic dla niego nie mam. Niech przyjdzie za miesiąc.
          – Ale on mówi, że to pilne, proszę pani – odpowiedział Wozny.
          Stojący w pobliżu bardzo stary klient uważnie skanował ich twarze unikając przy tym kontaktu wzrokowego. Zapewne w wyniku demencji miał zaniżone poczucie własnej wartości i marzył o tym, żeby wybulić kilka baniek wirtuali na cudowny środek przywracający pamięć.
          Kobieta pogłaskała starca po policzku. Wozny spostrzegł, że przedramię owijał jej tatuaż węża pożerającego własny ogon.
          – Zaraz wracam, dziadulu.
          Starzec patrzył na nią prosząco.
          – Czy mógłbym iść z panią?…
          Wzruszyła obnażonymi ramionami.
          – Jak sobie życzysz. Chodźmy więc za tym dziwnym facetem, który udaje przyjaciela Rona Paskudnejmordy.

          Zgodnie z założeniami programu ucieczki, Exodus, do roku 2300 mieszkańcy Pływającej Wyspy mieli się przenieść na egzoplanetę, Theię II, okrążającą znajdującego się w pobliżu brązowego karła. Przy założeniu, że uda się stworzyć nową technologię, lot miał trwać nie dłużej niż trzy wieki. Rząd twierdził, że do tego czasu Nowa Ortygia przestanie istnieć i zaczął wysyłać pierwszych ochotników do stacji pośredniej na Deimosie.
          Unia Państw Lądu stanowczo wykluczyła możliwość kosmicznej katastrofy. Poczucie zagrożenia potrzebne było reżymowi Nowej Ortygii do mobilizacji społeczeństwa. Twierdzenie, że wyspa zostanie zniszczona przez Wulkana było kłamstwem. Wysyłanie ludzi w trzystuletnią podróż na egzoplanetę było zbrodniczym szaleństwem…

          Na ulicy, wśród unoszących się śmieci tuż obok wypalonych wraków, odcięły im drogę dwa półgąsienicowe transportery, przypominające do złudzenia niemieckie Sd.Kfz. 250 z II wojny światowej. Te miały jednak krótkie skrzydełka z silnikami hybrydowymi ze stałym reduktorem. Nie było z nimi żartów.
          Wozny natychmiast zrozumiał, że ją wystawił. Dziewczyna zrozumiała to w tej samej chwili. Szpetnie przeklinając odsłoniła udo z przytwierdzoną biorzepem kaburą ultralekkiej ceskiej zbrojovki o zmiennej długości lufy.
          Nie zdążyła go zastrzelić. Upadła sparaliżowana. Trzech goryli w strojach bojowych biegło w ich stronę krzycząc do siebie po francusku. Kiedy się zbliżyli, jeden wyszczerzył do Woznego zaniedbane zęby i warknął: merci!
          Unieśli dziewczynę za ręce i nogi, i rozdeptując wojskowymi buciorami kraniec śnieżnobiałej sukni, zanieśli do najbliższego pojazdu po czym bijąc o asfalt wodorem, wystrzelili w górę, i rozpłynęli się za pozbawioną okien ruiną dawnego hotelu.
          Usłyszał za sobą jęk dziadula. Starzec miał białą twarz pokrytą kroplami potu, usta i paznokcie były już sine. Leżał na prawym boku, czerń jego fraka skażona była nadrukiem pyłu.
          Objaw kliniczny. Zawał. Rozpiął mu kołnierz i poluźnił szeroki galowy pas. Rozpoczął sztuczne oddychanie nie mając przy sobie żadnych środków. Walcząc o dziadula stracił poczucie czasu. Z pewnością upłynęło go więcej niż kwadrans, o którym wspominał cholerny Ahaboff.
          Ktoś szarpnął go za ramię. Ocknął się wiedząc już, że poniósł porażkę. Stracił człowieka. Był wściekły i upokorzony. Był gotów rzucić tę pracę i udusić Ahaboffa.
          – Jemu nic nie pomoże. Dobrze chociaż, że uratował przed dziwka swoją kasę – Ahaboff wpatrywał się w niego mrużąc oczy od pyłu. – Niech się pan doprowadzi do ładu, doktorze. Zaraz będą tańce.

          Była dziewczyną Rona Paskudnejmordy. Wypięła do przodu płaski brzuch, wydekoltowana suknia wisiała na niej jak na kiju, miała tygodniowy zarost i ramiona anorektycznego mężczyzny. Uniosła dłońmi o przeraźliwie długich palcach dwa kieliszki szampana z tacy trzymanej przez robota i szybko wypiła jeden po drugim, po czym oblizała spierzchnięte usta, w których brakowało kilku trzonowców. Była jednak z pewnością na swój sposób piękna. Jej chłopak, Paskudnamorda, musiał być koneserem.
          – Przyszłam tu potańczyć, a nie pieprzyć smuty – oznajmiła na wstępie zachrypniętym barytonem. – Hej mądralo nie zatańczyłbyś ze mną?
          Nawigator Martinez uśmiechnął się krzywo, wskazał na żonę i pokręcił głową.
          Dziewczyna patrzyła na niego przez chwilę, która wydała się wszystkim zbyt długa, a następnie wzruszyła ramionami.
          – Trudno i darmo, a ty łaskawco?…
          Pokładowy inżynier oblał się rumieńcem.
          – Tańczę tylko ze swoim chłopakiem, taki mamy deal.
          Dziewczyna zarechotała i puściła do niego oko.
          – Ale z ciebie ciota!
          Wtedy dostrzegła Woznego, podeszła rozkołysanym krokiem, dotknęła jego pleców czubkami wypchanych piersi, wyjęła mu kieliszek z dłoni i wychyliła go do dna. Pusty upuściła na podłogę.
          – A ty, gwiazdorze?… Może przynajmniej ty nie jesteś fujarą i zaprosisz dziewczynę do tańca? Lubisz napalone chłopczyce?…
          Podał jej ramię i wyprowadził na parkiet. Właśnie zaczęli grać coś, czego chyba dotąd nie słyszał. Muzyka nie była jego najmocniejszą stroną, nawet z pamięcią magiczną. Ona jednak tańczyła całkiem nieźle. Zauważył, że większość par radziła sobie dość słabo, bal w operze od dawna przestał przyciągać dobrych tancerzy. Czasy były ciężkie. Po kolejnych minutach dziewczyna przylgnęła do niego niewielkim penisem we wzwodzie. Wozny odczuwał z tego powodu duże zakłopotanie. W głębi duszy był typowym, tradycyjne wychowanym Ortygijczykiem.
          Nagle ujrzał przed sobą Raj, która jak mu się zdało, patrzyła na nich z niesmakiem. Ignorując dziewczynę pociągnęła go za rękaw mówiąc, żeby się zbierał do wyjścia. Wyplątał się z objęć głośno protestującej chłopczycy i z pośpiechem ruszył za Raj, roztrącając tańczące pary.
          – Powiedziałam im, że mnie odwieziesz do domu, kapitan się wściekł, ale to nie ma znaczenia.
          – Dlaczego? Co się stało?
          Raj dyskretnym gestem pokazała mu postać odcinającą się na tle wspaniałych kurtyn. Ron Paskudnamorda z którego dziewczyną dopiero co się przytulał stał otoczony roześmianymi ludźmi. Zapewne skończył opowiadać jakiś dowcip, sam również się z niego śmiał. Wozny poczuł przyspieszone bicie serca. Patrzył na Rona Fridricksa.

          PM: trudne do uchwycenia pojęcie, początkowo naprzemiennie występujące z pojęciami inteligencji i kognicji. W połowie XXII wieku zaczęło, przede wszystkim, oznaczać uniwersalny nośnik z zapisem echa potencjałów postsynaptycznych (z ok. 1.8 biliardów synaps) wydzielony z neokorteksów dwunastu ludzi w drodze rekwizycjacji. Standard ten, znany też pod nazwą handlową jako Jajko Fabergé, zawierał pełne dwa milimetry sześcienne najbardziej skomplikowanej substancji we wszechświecie, która…

          Lekarz, który poręczył za Woznego wpadł w panikę i zaczął krzyczeć, że kapitan obetnie mu jaja, jeśli sytuacja w operze nie zostanie wyjaśniona. Wozny, dziękując bogu, że Raj nie spaliła mostów nie zamierzał się wycofać, co trochę uspokoiło lekarza.
          Raj i Wozny różnili się w ocenie sytuacji. On uważał, że mieli sporo szczęścia i w najgorszym wypadku stracili tylko trochę czasu. Ona uważała, że był szalony. Po kilku burzliwych sesjach Wozny przekonał biuro i pozwolono mu spróbować jeszcze raz. Zadzwonił do Ahaboffa z Sydney i zostawił wiadomość, w której ponownie prosił o zatrudnienie.
          Wywiad ustalił, że po wyjeździe z Wiednia kapitan powrócił do Helsinek, gdzie miał swoje biuro. Odpowiedź przyszła po trzech tygodniach. Kapitan odpisał: “Masz pan czelność jak cholera, odbiłeś mi pan kobietę, ale jest już pan moim pracownikiem. Po prostu nie miałem jeszcze okazji panu o tym powiedzieć.”

          Minął niemal rok odkąd zamieszkał w Sydney. Raz na dwadzieścia cztery miesiące Mars i Ziemia zbliżały się do pozycji dającej okazję do zaoszczędzenia trzech czwartych zapasów paliwa. Ahaboff wysyłał mu teraz z Europy wiadomość każdego dnia. Wozny, w zamian informował go o postępach jakie robił na symulatorze. Zbliżał się czas odlotu.
          Pewnego razu, Ahaboff niespodziewanie zażądał spotkania w cztery oczy. W Finlandii.
          Dwa dni później Wozny posłusznie stawił się w Centrum Transportu Kosmicznego w Helsinkach, gdzie Ahaboff prowadził legalną część swoich interesów. Budynek Centrum był skromniejszy niż jego nazwa; zapuszczony tonął w ponurym cieniu porzuconego po wojnie domowej megameczetu ulokowanego na wzgórzu, zajmowanym dwa wieki wcześniej przez Sobór Zaśnięcia Matki Bożej.
          Helsinki powstały już z ruin, ale wciąż były wyludnione i przedsiębiorcy z całego Lądu korzystali tu z niskich czynszów.
          Ahaboff siedział za biurkiem, zagraconym oprawionymi zdjęciami swoich kochanek, część kobiet nie miała staników i majtek. Przywitał się z Woznym bez uśmiechu.
          – Dotychczas miałem nosa do ludzi, którzy dla mnie pracują. Mam nadzieję, że i z panem tak będzie, doktorze Wozny.
          – Jestem tego pewien, kapitanie.
          – Dobrze, że przynajmniej pan – odpowiedział cierpko Ahaboff. – Mówi coś panu nazwisko Fridricks?
          – Chyba nie.
          – Ma pan cholernie wiarygodne rekomendacje, powiedzmy, że panu uwierzę. Otóż Fridricks to właśnie ten facet, z którym spotkania tak bardzo się obawialiście na balu w operze.
          – Nie rozumiem.
          – To facet, któremu wyświadczył pan w Wiedniu przysługę, wyprowadzając z opery pewną lekkomyślną damę.
          – Co się stało z tamtą dziewczyną? – zapytał Wozny.
          – Trudno powiedzieć. Nasz przyjaciel traktuje kobiety i mężczyzn po równo. Zarówno w miłości jak w interesach. Ci którzy mu się narazili obrywają, niektórzy znikają na zawsze, inni pojawiają się po latach. Trudno jednak się od nich czegokolwiek dowiedzieć.
          – Wydawało mi się, że robię przysługę panu, a nie Fridricksowi.
          Ahaboff machnięciem ręki zbył wątpliwości Woznego.
          – Wracając do waszego nagłego zniknięcia w operze. Okazało się, że Fridricks jest panem i panną Zucker bardzo zainteresowany. Zadał mi na wasz temat tysiąc pytań, a ja byłem w stanie odpowiedzieć tylko na jakieś pięćset. Rozumie mnie pan, doktorze?
          Wozny skinął głową.
          – Chyba tak.
          – Nie mogę sobie pozwolić na to, by pan Fridricks wziął mnie za niekompetentnego durnia, który nie wie nawet kogo zatrudnia. Od niego w dużym stopniu, zależą losy moich poczynań biznesowych, a wkrótce zależeć będą w stopniu jeszcze większym, ponieważ mianowano go szefem stacji Exit na Deimosie. O ile mi wiadomo, pan również się tam wybiera…
          Wozny odruchowo zacisnął ramię na służbowym rugerze LC9 uwierającym go pod pachą.
          – Proszę pogratulować Fridricksowi awansu.
          – Muszę przyznać, że macie z Karoliną Zucker dobrze ustawionych znajomych – westchnął Ahaboff. – Nie jestem tylko pewien, czy to dobrze, czy źle. Przeczucie mówi mi, że źle. Na początku tego tygodnia Fridricks znowu do mnie zadzwonił, żeby o was zapytać. Jestem zbyt dobrze wychowany, żeby pana nagabywać o powód jego zainteresowania?…
          – Nie znam powodu, kapitanie. Domyślam się jednak, że chodziło o pannę Zucker. To atrakcyjna kobieta. Ja odprowadziłem ją tylko do hotelu.
          – Być może tak jest. Chcę żeby pan wiedział, że Fridricks uważa, iż panna Zucker jest agentką policji. Poznał pan jego metody.
          – Poznałem – przyznał Wozny. – Czy on uważa, że i ja jestem szpiclem?
          – Mam powody żeby panu ufać, doktorze Wozny. Nie lubię jak ktoś mi dyktuje z kim mam pracować. Ale, lepiej żeby się pan mu więcej nie pokazywał na oczy, mógłby pan tego nie przeżyć, zresztą ja również. Proszę to sobie wziąć do serca. Paskudnamorda nie dowie się, że leci pan na Deimosa. W żadnym wypadku nie opuści pan statku i nie wejdzie do stacji Exit. Poleci pan pod zmienionym nazwiskiem. Niewiele pan straci, na Deimosie naprawdę nie ma czego oglądać, to cholernie nudny księżyc. Odkrywanie go po raz kolejny nie przyniesie panu sławy.

          Na wiadomość o zniknięciu Raj w biurze agencji wybuchła bomba informacyjna. Po tygodniu gorączkowych poszukiwań obejmujących kilkadziesiąt aglomeracji na wszystkich kontynentach oraz analizie śmietniska eksabajtów, które Raj po sobie zostawiła, biuro wciąż brało pod uwagę każdą ewentualność. Z jej dobrowolnym oddaniem się pod opiekę Ortygian włącznie. Bionika Raj uparcie milczała, przestała być częścią Omni lub, co bardziej prawdopodobne, przeszła na tryb belalugosi i przycupnęła za jakąś zaporą sieciową. Bionika z reguły żyła jeszcze długo po śmierci noszącego ją ciała, jej obecne milczenie nie mieściło się w normie podobnych przypadków. Wszystko to mogło oznaczać, że zajęli się nią profesjonaliści.
          Odlatywał promem orbitalnym myśląc o Raj. Była agentką jak on, zginęła i zapewne nigdy się nie odnajdzie. Zapewne spotka go coś podobnego. Pamięć magiczna nie była polisą na długie życie. Tak samo, jak nie była nią uroda, wdzięk i nieprzeciętny intelekt Raj.
          Czekający na orbicie Charon miał z grubsza rozmiar sześciopiętrowej wiedeńskiej kamienicy, w której jednak mieszkało się tylko na poddaszu. Kilka godzin po starcie mógł zejść do swojej kwatery i połączonego z nią hibernakulum. Miał tam kąt pomiędzy rzeczami kolonistów takimi jak zanurzone w płynie mózgowo-rdzeniowym pakiety startowe funkcji kognitywnych z ostatnią myślą-kluczem, pojemnikami na płyny ustrojowe, czy smakowite mikrobiomy jelitowe, które pozwolą się im wypróżnić po wybudzeniu.
          W hibernakulum znajdowało się sto osiemdziesiąt pięć ciał. Według ustaleń Wywiadu Zewnętrznego, należały do oddziału sześćdziesięciu emerytowanych husarów bionicznych z rodzinami, będących na żołdzie ancien régime’u i uznanych za politycznie niepewnych. Oficjalnie wszyscy ci ludzie znaleźli się tutaj z własnej woli. Zapewne wierzyli, że migrując ocalą przed nową władzą siebie i swoje rodziny.

          Po dwudziestu ośmiu dniach lotu Ahaboff wprowadził prewencyjne ograniczenie dostępu do obrazu oddalającej się Ziemi, ze względu na efekt Chianga, biorący swą nazwę od nazwiska pierwszego pasażera na Marsa, który popełnił samobójstwo z tęsknoty.
          Kapitan, nawigator oraz inżynier pokładowy byli teraz w swoim żywiole. Nadszedł czas długodystansowców. Dla nich dopiero teraz zaczęło się prawdziwe życie, długie godziny przy monitorze, a potem poker i warzone na miejscu piwo. Easy money. W Północnej Ameryce mówiło się, że “pieprzyli psa”.
          Reszta załogi zamykała się w sobie i brała środki na podtrzymanie nastroju.
          Kontakty towarzyskie wiązały się z koniecznością ukrywania stresu i ryzykiem ujawnienia przez gadatliwą bionikę. Wozny jednak z nich nie zrezygnował, pomimo, że nie były obowiązkowe. Zgodnie z nową teorią lotów, starano się je ograniczać i zalecano załogom pracę, i wypoczynek w odosobnieniu.
          W chwilach bezsenności rozkładał mapy migracji ptaków, które kiedyś widywał nad plażami Nowej Ortygii. Przed laty narysował je na ręcznie czerpanym papierze. Powtarzający się koszmar uprzykrzał mu sen, w którym zmęczone lotem ptaki ginęły w falach oceanu.
          Nadszedł ostatni dzień względnego spokoju. Ukryty w swoim kącie, z szeroko otwartymi oczami, hipnotyzował wielowymiarowy interfejs hibernakulum, wymieniając półgłosem imiona, liczbę lat służby i stopnie wojskowe husarów.
          Karni, dobrze wyszkoleni właściciele bionicznych skrzydeł, którym przyszło walczyć po niewłaściwej stronie mocy mieli pecha. Jaka była dynamika ich grupy, jej wewnętrzne współzależności, jak szerokie spektrum poglądów, jak głęboka skłonność do altruizmu? Jak wpływała na nich bliskość rodzin?
          To był naprawdę ostatni dzień. Naprawdę. Nie miał siły dłużej o nich myśleć. Czuł między łopatkami zimne łaskotanie potu. Był gotów.

          Pompy hibernakulum wtłaczały krew w miejsce schłodzonego płynu infuzyjnego. Po jakimś czasie koloniści zaczynali otwierać oczy. Nastąpiła kaskada wołań i jęków. Załoga Charona-36 nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Koloniści przy akompaniamencie alarmu wyrywali z siebie przewody i wypełzali z hibernakulum.
          Ogłupiały wskaźnik utknął na wartości dziewięćdziesiąt osiem przecinek dziewięćdziesiąt dwa procent. Nagły niepokój mrożący krew jak ciekły azot. To niemożliwe!
          Dwie kapsuły były zamknięte, wewnątrz dwoje niewybudzonych.
          Kapsuły stawiały zacięty opór, musiał je rozbić rękojeścią noża. W pierwszej znajdowała się jasnowłosa nastolatka z turkusowym motylem na zapadniętym, pomarszczonym brzuchu. W drugiej pokryte fioletowymi plamami ciało dojrzałej kobiety.
          Po jakimś czasie dziewczyna z motylem otworzyła oczy. Miała słaby puls, ale emisja mózgu nie wykazywała anomalii. Zdaje się, że ją odzyskał. Ponownie zajrzał do kapsuły z martwą kobietą. Kiedy się nad nią pochylał, ktoś z tylu chwycił go ze wszystkich sił za włosy.

          Kamal. Najsympatyczniejszy z nich. Kamal, który ciągle się śmiał, najwięcej pił i najwyżej obstawiał w karty.
          Dysząc nienawiścią, przyciskał mu teraz do gardła wygięte jak bumerang ostrze noża kukri.
          Wozny usłyszał przekleństwa kapitana.
          – Cholera mi cię nadała, Kamal. Miałeś więcej nie nosić tego świństwa przy sobie. Wypuść człowieka, albo cię zabiję!
          Nepalczyk zawahał się, ale jego uchwyt zelżał. Ahaboff, który miał pięść jak deska, zwalił go z nóg jednym ciosem. Wozny dopiero teraz mógł się odwrócić. Ujrzał zbierającego się z podłogi Kamala, który wyszczerzał zabarwione krwią zęby, jakby zrobiono mu głupi kawał. Po chwili wsunął kukri za pas i nie oglądając się odszedł do swojej kajuty.
          Wozny przypomniał sobie o kobiecie w kapsule. Nikt już nie mógł jej pomóc. Czuł jak przewiercają go nienawistne spojrzenia pozostałej czwórki.
          Ahaboff mrucząc pod nosem zaprowadził go do ambulatorium i zatrzasnął za sobą drzwi.
          Po kwadransie był jednak u niego z powrotem.
          – Musi pan zrobić z nich na powrót ludzi. Teraz są jak wypędzone z nor zwierzęta. Niech ich pan ratuje.
          Wozny oderwał się od swoich map. Nadszedł czas, by otwarcie rozmówić się z Ahaboffem.
          – Niech pan usiądzie, kapitanie. Musze opowiedzieć panu wszystko od początku…

          Kiedy skończył, Ahaboff milczał z twarzą w dłoniach.
          Pukanie do drzwi wyrwało ich z odrętwienia.
          – Czekać!
          Kapitan w końcu przestał ściskać skronie i popatrzył na Woznego z trudnym do odgadnięcia wyrazem twarzy.
          – Chce pan wywołać bunt. Łatwo się tego domyślić, doktorze. Bunt zdecydowanych do walki na śmierć i życie husarów bionicznych na statku, który należy do mnie. Czeka mnie nie lada kłopot, prawda?
          – Tak, jeśli znajdzie się pan po niewłaściwej stronie.
          Ahaboff z zainteresowaniem przyglądał się zaczerwienionej pięści, którą powalił Kamala.
          – Może i racja, doktorze. A może nie. Fridricks zażądał pańskiej głowy. W tych okolicznościach nie mogłem odmówić. To ma być zwykle przesłuchanie. Jeśli pan od niego wróci w jednym kawałku, znaczyć będzie, że Paskudnamorda nie jest aż taki zły. A jeśli pan nie wróci, no cóż… Będę próbował znowu pana odnaleźć i posklejać. Tak czy owak, pańskiemu życzeniu, by zejść na Deimosa stanie się zadość. Jest pan zadowolony?
          Był.

          Na początku mieli mocne objawy hipotermii, cierpieli na częściową amnezję, trudno było zrozumieć ich mowę, męczyły ich zaburzenia motoryczne, poruszali się bardzo niepewnie. Najbardziej chorzy ulegali archaicznym instynktom, zwijali się w kłębek na podłodze, albo szukali jakichś zagłębień przypominających norę. Inni próbowali się rozbierać. Wyprowadzenie ich z kryzysu, okazało się największym wyzwaniem. Szczęśliwie po szesnastu tygodniach, już w pobliżu Deimosa, zaczęli dochodzić do siebie.
          Przedwcześnie wybudzeni, stłoczeni jak towar, pozbawieni podstawowych środków, pożywienia, wody, toalet, narażeni na choroby. Cierpieli dla własnego dobra oraz dobra swoich dzieci. Tak mówił im człowiek który był ich lekarzem. Uważali go za szaleńca.
          Kiedy odzyskali siły i zmysły, zebrali radę, i zdecydowali, że nie opuszczą statku do czasu zbadania sytuacji w bazie…

          Wozny został wysłany na przesłuchanie, z którego miał już nie wrócić. W terminalu pojawili się czterej ochroniarze z blasterami gotowymi do błyskawicznego zamienienia go w przypaloną pieczeń.
          Korytarze we wnętrzu Deimosa miały złożoną geometrię. Musiał ją jak najszybciej rozszyfrować. Płatek śniegu z wieloma niewiadomymi. Rdzeń, wiązka tuneli rozchodzących się promieniście. Odległość do wydrążonego jądra: około sześć i pół kilometra. Tam w sali pozbawionej ciążenia miał według Wywiadu Zewnętrznego, odnaleźć kolonistów po rekwizycjacji. Po to tu przybył.
          Ochroniarze zaprowadzili go do windy grawitacyjnej, przypasali go i siebie do siedzeń, i zjechali w głąb.
          Na dole minęli kilka poprzecznych korytarzy, wsunęli się pomiędzy obręcze Gravitonu i odzyskali ziemską wagę. Znaleźli się w norze Fridricksa.
          Przyjął ich rozwalony na przezroczystym fotelu. Wokół stały rekwizycjatory. Wozny poczuł znajomy lęk. Wielkie ośmiornice o wciąż poruszających się ramionach. Identyczne z tymi, które przed laty ukradły jego pamięć.
          Osoba za plecami Fridricksa poruszyła się nieznacznie. To wystarczyło, żeby ją rozpoznał. Raj.
          Wpatrywał się w nią intensywnie. Wydawała się starsza i mniejsza. Wychudzona. Ogarnął go niepokój, ponieważ w swoich planach nie przewidział takiej sytuacji.
          – Zrobili ci operację?
          Patrzyła na niego tak jakby przyleciał z odległej gwiazdy.
          – Pozwolili mi zatrzymać pamięć. Nie miałam operacji.
          – Domyślam się, że w waszym biurze martwiliście się o nią troszeczkę? – zachichotał Fridricks.
          Wozny nie zareagował.
          Fridricks wstał z fotela i zbliżył się do niego na odległość kilku kroków.
          Oczy Paskudnejmordy przeszywały niczym dwa gwoździe.
          – Przyjrzyjmy się pańskiej osobie, mister Wozny – wycedził. – Interesujący z pana model. Szczęśliwe dzieciństwo. Wspaniałe widoki na przyszłość. Miejsce w zarządzie największej korporacji. Zaręczony z piękną kobietą, późniejszą żoną jednego z przywódców rewolucji. Wow… No cóż.. Rewolucja jednak wszystko popsuła, prawda?
          Wozny nieznacznie skinął głową.
          – Prawda.
          Fridricks skrzywił się karcąco i położył mu dłoń na ramieniu. Dłoń była nieprzyjemnie miękka i nie pasowała do reszty. Zdobiły ją trzy damskie pierścionki.
          Po krótkiej pauzie Fridricks powrócił do swojego monologu.
          – Jako uprzywilejowany genetycznie członek rodzin założycielskich zostaje pan poddany rekwizycjacji. Do końca nie godzi się pan z opodatkowaniem pamięci. Dla jej odzyskania zdolny jest pan zrobić wszystko, nawet zdradzić swój kraj.
          – To ten, z którego mnie wyrzucono? – wtrącił Wozny.
          Dłoń z pierścionkami zacisnęła się lekko, niemal pieszczotliwie.
          – Historia pana Woznego nie skończy się jednak happy endem. Pamięć magiczna zostanie mu odebrana. Straci również resztę własnego rozumu. Obejdzie się bez znieczulenia i stymulatorów nastroju. Dodatkowe wrażenia somatyczne to mój mały rewanż za incydent w toalecie.
          – Powinieneś był go wtedy utopić w kiblu! – odezwała się Raj.
          – Milcz!…
          Raj, z opuszczoną głową, zaczęła się szarpać w fotelu. Jej włosy były dłuższe niż wtedy gdy ją widział po raz ostatni.
          Wolna część umysłu Woznego rozpaczliwie poszukiwała jakiejś alternatywy. Raz jeszcze zerknął na przechodzącą obok obręcz pseudo-grawitacji. Należała do agregatu Graviton, drugiej generacji. Przestarzałej konstrukcii, która teoretycznie dawała szansę jej przerwania.
          Zdołał już prawie uwolnić ręce.
          W momencie kiedy odepchnął się od fotela zobaczył oślepiający błysk, a potem przesuwające się rzędy znaków wysłanych z implantu rogówki. Upadł i przez chwilę przestał istnieć. Potem ujrzał kolumny znaków, które zaczęły układać się w obrazy, a jeszcze potem twarz Fridricksa, który uśmiechał się przyjaźnie. Promieniował dobrodusznością i wydawał się wspaniały. Wtedy zrozumiał. Najprawdopodobniej zrzucono na niego oksytocynową bombę hormonalną.
          Odzyskał część świadomości, musiało minąć sporo czasu, halucynacje wywołane przez neuroinduktor powoli ustępowały. Był opleciony przez jedną z ośmiornic. Spróbował kopnąć stojącego nad nim ochroniarza, ale nie miał władzy nad kończynami. Ramiona maszyny nie przestawały wciągać go do wnętrza. Zimne wilgotne macki delikatnie wsuwały się do nosa, uszu i ust. Zaczął się dusić, początkowe duszności zmieniły się w paniczny spazm głodu powietrza, nic nie łagodziło wrażenia, które trwało zdecydowanie zbyt długo. Ostatnią myślą jaka przemknęła mu przez głowę było to, że Fridricks powiedział prawdę. Tym razem doznania były mocniejsze.

          …ów niekanoniczny proces, nie licząc kilkugodzinnych przygotowań trwa w przybliżeniu 900 sekund; w ciągu każdej sekundy, umysł 750 razy otwiera się i zamyka, umiera, i wraca do życia. Kiedy jest w fazie A dochodzi do rozpoznania i izolacji aspektu holistycznego, w fazie B aspekt ten zostaje utrwalony w nośniku. Maszyna, nazywana ośmiornicą, zrywa pamięć magiczną z kolumn mikrotubuli i otrząsa ja z wysokoenergetycznych gron inspiracji. Podczas tej wielopoziomowej procedury następuje częściowy kolaps funkcji falowej i stabilizacja układu w stanie pseudoklasycznym.
          W kontekście powyższego ekwilibrium, uzyskana forma transferowana jest do kopułek geodezyjnych, tak zwanych jaj Fabergé i osadzona w widmowej plazmie. Faktor plazmy stanowi dwunastą część zasobu indywidualnej kopułki.
          Cały proces został technologicznie opracowany w laboratoriach Korporacji Uroboros, w Nowej Ortygii, i jest znany oraz chroniony jako Rekwizycjacja™. Pozwala on w dramatycznie wydajny sposób uzyskać poszukiwany na rynkach stymulant długotrwałych wzmocnień synaptycznych, procesów poznawczych oraz…

          Potraktowana ładunkiem z blastera ośmiornica natychmiast zmieniła barwę i poczerwieniała jak homar wrzucony do wrzątku. Otoczone śluzem macki bezwładnie wysunęły się z otworów w głowie Woznego.
          Na zewnątrz słychać było krzyki. Otworzył oczy i zobaczył krępego wąsacza z bronią w ręku. Ośmiornica zwisała w bezruchu i zaczynała blednąć. Wąsacz z obrzydzeniem odsunął ją na bok i pochylił się nad Woznym.
          – Miał pan szczęście, doktorze jeszcze chwila, a bydlę pozbawiłoby pana rozumu.
          Skąd go znał? Skąd? Ależ to był Jan! Jan Ski, ojciec dziewczyny z motylem. Zwariowany Polak.
          Dziewczyna. Jedna z pary niewybudzonych. Miała szczęście, jakimś cudem zdołał ja ocalić. Patrzył na Jana, który przyszedł spłacić dług.
          Przechylił się na bok i wypluł kolejną porcję śluzu ośmiornicy. Wiedział już, że miał rację. Stało się tak jak przewidział. Ludzie którym wtedy powiedział prawdę przyszli po niego z bronią w ręku. Przynajmniej w osobie Jana.
          – Mamy mało czasu doktorze. Musimy wracać zanim nas tu dopadną. Moi czekają na nas w windzie terminalu. Dali mi dziesięć minut. Potem wracają z nami, albo bez nas.
          – Muszę znaleźć więźniów – wymamrotał wycierając z twarzy obrzydliwe gluty. – Czy widział pan gdzieś dziewczynę?
          – Ich dowódca zabrał ją ze sobą. Więcej nic nie zdziałamy, chodźmy już.
          – Muszę zobaczyć, co się tu naprawdę dzieje. Po to tu przyjechałem. Najpierw odnajdziemy tych ludzi, a potem złożymy zeznanie. Tylko to może skłonić Ląd do działania.
          Husar musiał już znać tę mowę na pamięć. Wozny powtarzał ją na statku przez wiele tygodni.
          – Do diabla, niech pan prowadzi, doktorze. I niech się pan modli, żeby na nas poczekali.

          Poruszali się korytarzem w stronę wydrążonego środka Deimosa. Dawno wyszli poza obręcze Gravitonów. Jakość powietrza była słaba. Czuć było zapach spalenizny. W odnodze prowadzącej do terminalu leżało trzech ochroniarzy, ich blastery zniknęły, rozejrzał się w nadziei, że znajdzie jakiś ślad po Raj. Dostrzegł ciało czwartego ochroniarza. Leżący obok blaster ozdobiony był masą perłową, taki jakich używali oficerowie i najemnicy. Podstawowy model Sterlinga E-11.
Podniósł go. Podmuch poruszył ciałem, ważyło tu mniej niż kartka papieru.
          Usłyszeli wołanie dochodzące z głębi szybu.
          W wydrążonym jądrze Deimosa znajdowała się wielka kopuła geodezyjna zbudowana z jakiegoś świecącego na żółto, neuroaktywnego polimeru. W jej wnętrzu unosiły się nagie ciała tych, którzy przybyli tu przed nimi. Wsunął się do wnętrza kopuły i ostrożnie roztrącał je na boki. Ciała odruchowo zaciskały na nim dłonie i owijały się wokół jak upiorne powoje. Niektóre krwawiły, albo wydzielały jakąś ciecz. Zawiesiste krople unosiły się powietrzu. Wydawało mu się, że rozpoznaje znajome twarze. Większość tych ludzi z pewnością pochodziła z Nowej Ortygii. Współpracownicy. Sąsiedzi. Dzieci. Pasażerowie kilkudziesięciu statków. Przyszło mu na myśl, że znalazł się w piekle.
          Odwrócił się do Jana. Powietrzny husar miał szeroko otwarte oczy i mamrotał coś pod nosem. Pewnie polski pacierz.
          Poczuł nagłą ulgę. Niemal senność. Stało się.
          – Misja została wypełniona. Pokazałem ci prawdę, Janie. Będziesz zeznawać przed komisją. Wracaj do swoich i powiedz im, żeby jeszcze trochę poczekali. Przyjdę do was z dziewczyną. Do zobaczenia.
          – Nie masz żadnych szans… – husar patrzył na niego oczami kogoś, kto widział już dużo trupów nie wiedząc, że za chwile stanie się jednym z nich. Kilkanaście sekund później wiązka z blastera przepaliła mu czaszkę i wypełniła ją żarem.
          Nie licząc głowy, potężne ciało Jana pozostało nietknięte z wyjątkiem punktowych zwęgleń. Z uszu i miejsc, które zostały po ustach, i nosie wydobywał się dym.

          Raj znajdowała się gdzieś blisko. Implant wysłał mu sygnał ostrzegawczy. Ktoś kierował na niego blaster. Wozny po chwili zobaczył kolejny błysk. Ciała zaczęły się kłębić i drgać w konwulsjach. Za nimi majaczył się Fridricks i Raj. Byli do siebie przypięci krótką linką asekuracyjną. Ona unosiła się bezwładnie z twarzą w dół, z rozrzuconymi wokół włosami, on w pozycji niemal pionowej uważnie patrzył przed siebie. Wozny ścisnął perłowe E-11.
          Wystrzelił zanim zdążył pomyśleć. Usłyszał głośne przekleństwa. Wianuszek purpurowej tkanki i krwi. Fridricks trzymał się za zwęglone ramię. Wozny powoli skierował Sterlinga w jego głowę. Fridricks pokonując ból uniósł jaskrawożółty pojemnik i roześmiał się złowieszczo.
          – Poznajesz? To nanoreplikator. Jeden nieostrożny ruch i wszyscy zamienimy się w szarą maź…
          Ekofagia, przekleństwo rozwiniętej technologii. Wozny opuścił broń.
          Raj ocknęła się i ciężko oddychając zaczęła szamotać się na linie. Fridricks próbując ją powstrzymać, stracił równowagę. Wozny wykorzystując moment odbił się i poszybował w ich stronę. Fridricks i Raj zaczęli się kręcić wokół własnej osi. Pojemnik z replikatorem uderzył z impetem w jedną ze ścian.
          Wstrzymując oddech, patrzyli jak ulatuje z niego śmiercionośny rój.
          Wozny zdążył jeszcze odpiąć Raj od liny. Po chwili, krzycząc z bólu, zaczęli z siebie strząsać żrący pył replikatora. Wszyscy naraz rzucili się do ucieczki. Koloniści ze statku Ahaboffa czekający w windzie, ramię w ramię z pozostałymi przy życiu ochroniarzami rozpylali na siebie neutralizator.
          Fridricks zniknął w tunelu ewakuacyjnym.
          Implant wyświetlił spóźnione ostrzeżenie o nanoreplikatorach atakujących płuca i skórę. Ludzie pochylali się nad strumieniem neutralizatora i go wdychali. Byli teraz odcięci od reszty stacji. Pozostawało im jedno z wyjść awaryjnych na powierzchnię.
          – Wiem gdzie są skafandry – krzyknęła do niego Raj
          Ruszył za nią. Poruszała się z trudem i co jakiś czas zanosiła się kaszlem. Po chwili zawył alarm poziomu dwutlenku węgla.
          Przy śluzie zobaczyli rozmazaną krew. Fridricks zdążył założyć ostatni skafander ratunkowy.
          – Jest na zewnątrz. Będzie teraz próbował dostać się na szalupę. Chce nią uciec na Marsa.
          Pomyślał o lustrze.
          – Lustro!
          Dziewczyna się zawahała. W śluzie nie było drugiego skafandra.
          – Pomóż mi – powiedział.
          – Zwariowałeś? – była przestraszona. – Nigdy nie byłeś w otwartej przestrzeni, nie wiesz jak to się robi.
          – Dam sobie radę. Mam pamięć.
          – Zginiesz! Ja pójdę, bo przynajmniej przeszłam w tym przeszkolenie, ty tutaj zostaniesz. Wozny nie zwracając na nią uwagi zakładał skafander i włączał, po kolei jego systemy.
          – On właśnie na to liczy – krzyknęła. – Chce cię wciągnąć w pułapkę.
          Wozny odwrócił się od niej, zatrzasnął pokrywę hełmu i rozsunął drzwi luku.
          Fridricks zajął windę grawitacyjną. Wozny po chwili był w tunelu. Czas w którym wylatywał na powierzchnię krateru wydawał się zbyt długi. W końcu zawisł w otwartej przestrzeni. Za nim jarzył się kadłub Charona skąpany w czerwieni Marsa. Włączył oba silniki sterujące i zbliżył się do ciemnej, niemal czarnej powierzchni wyłożonej warstwą baterii słonecznych z perowskitu. Na horyzoncie jaśniało trzydziestometrowe lustro.
          Gdzieś kiedyś słyszał, że E-11 może zamarznąć w temperaturze takiej jak ta. Czysta teoria, której nikt dotąd nie zweryfikował. Trzymał blaster oburącz. Z trudem panował nad skafandrem, kierowanie silnikami za pomocą oczu było trudniejsze niż się spodziewał. Leciał zygzakami, okręcając się czasem wokół własnej osi. Na wyświetlaczu miał punkt w którym powinien znajdować się prom ratunkowy.
          Znalazł się w pobliżu karminowej tafli, wciąż nie mogąc stwierdzić, czy lustro się poruszało. Srebrzysty tor w który było wsunięte ciągnął się wokół całego księżyca.
          Lustro było częścią marsjańskiej sieci energetycznej. Odbierało ogniste pakiety wykorzystywane przez stację Exit do podtrzymywania życia. System opierał się na satelitarnych panelach transmitujących fale mikrofalowe. Lustro powoli zmieniało kąt nachylenia tocząc się po torze biegnącym wzdłuż obwodu Deimosa, kompensując w ten sposób jego rotację. Wystarczyło je unieruchomić by po kilkunastu minutach nastąpiło spalenie się instalacji stacji. Zapewne był to sposób na szybką, bezbolesną śmierć. Zbliżył się do niego na odległość rzutu piłką. Było unieruchomione.
          PM natychmiast podsunęła mu myśl, że lustro musi mieć kill switch aktywowany przez kogoś z zewnątrz.
          Uniósł się w górę i spostrzegł na torze jaskrawy punkt alarmu. Poszybował w jego kierunku. Wyłączenie blokady nie było żadną sztuką.
          W tym momencie poczuł uderzenie pioruna. Zderzenie z powierzchnią wzniosło chmurę regolitu, pole widzenia zasłaniał przylegający do hełmu lepki pył. Wreszcie go dostrzegł. Fridricks unosił się kilkanaście metrów od niego, jego twarz ginęła w głębokim cieniu. Powoli wprowadzał do blastera kolejny nabój.
          Następna błyskawica zaczęła topić powłokę skafandra. Był otoczony językami plazmy. Powłoka miała czternaście warstw, znajdujący się między nimi płyn chłodzący zaczął tryskać na zewnątrz. Wokół niego unosiły się luźne fragmenty materii. Sygnał alarmowy rozpoznał rozszczelnienie. Musiał wracać do stacji.
          Wiedział, że przepalenie ostatniej powłoki zajmie najwyżej kilkanaście sekund. Podniósł się z trudem i odbił, żeby uderzyć z całych sił. Obaj poszybowali w przestrzeń, horyzont zaczął wirować, Wozny znowu stracił orientację, widząc jedynie oślepiające błyski. Kiedy zobaczył powierzchnię była już zbyt blisko by uniknąć impetu. Ponownie zarył w szarość Deimosa, tym razem, pod ostrzejszym katem i zaczął na niej koziołkować, oblepiony gęstymi tumanami.
          Powłoka stała się czarna. Fridricks smażył go jak na rożnie. Ponownie spróbował stanąć na nogi, tym razem bezskutecznie. Wokół niego połyskiwały roztopione fragmenty folii mylaru. Zostało najwyżej kilka sekund.
          Włączył oba silniki. Zaczęły go gwałtownie wlec po powierzchni. W końcu, wzniósł się w przestrzeń. Fridricks zlewał się z blaskiem promu. Wszyscy zginą jeśli go nie zatrzyma. Ponownie wyłączył blokadę, a następnie dogonił Fridricksa przy wielostopniowym wejściu na statek. Uniósł blaster i skierował wiązkę. Silniki sterujące na plecach Fridricksa wybuchły tysiącem iskier. Ze zbiornika pomiędzy nimi tryskał siwy strumień wodoru. Chwycił Fridricksa najmocniej jak mógł i oderwał od włazu, włączając przy tym silniki na pełną moc. Odbili od promu i w ciągu paru sekund wielokrotnie przekroczyli prędkość ucieczki. Wtedy zwolnił uścisk i oderwał się od Paskudnejmordy, który szybko zaczął się od niego oddalać. Przez moment Wozny zobaczył fragment jego twarzy, błysk oczu, którymi próbował sterować i otwarte usta, którymi gorączkowo wydawał komendy. Jego silniki były teraz martwe. Nie miał możliwości powrotu.
          Wozny zdołał dobić do terminalu, w którym panowała próżnia. Alarm bez przerwy informował go o pogłębiającej się dezintegracji skafandra. System samouszczelniający nie był w stanie załatać tylu warstw stopionych przez miotacz. Przekroczył próg krytyczny. Na wszelki wypadek, połączył się z implantem i wydał rozkaz zamknięcia funkcji organizmu.
          – Jedną sekundę po sygnale zaczniesz tracić przytomność – poinformował go implant.
          Wozny zawrócił w stronę tunelu, pokonał śluzę i znalazł się na zewnątrz komory ciśnieniowej do której nie był w stanie już wejść.
          Po zatrzymaniu akcji serca implant w poszukiwaniu energii zaczął metabolizować struktury PM, uznając je za ciała obce.

          Ptaki leciały aż po horyzont. Stał na brzegu z uniesioną głową. Nowa Ortygia wydawała się teraz mniejsza. Efekt był spowodowany przez niezliczone klucze rozciągające przestrzeń nieba.
          W dole, przy syntetycznym falochronie, zagubione, europejskie perkozy chodziły po oceanie. Przed kilkoma laty przeniosły się tu znad jezior Niemiec, Polski i Szwecji. Tylko one potrafiły to robić. Stąpały po powierzchni wykonując szereg szybkich kroków, podobnych do tańca. Wozny, z twarzą skrzywioną do wiatru, mimowolnie uśmiechał się do nich.

          Historia agenta Woznego skończyła się dosyć szczęśliwie, ale nie do końca. Po ośmiu latach emigracji i kolejnych przygodach w policji wrócił na Wyspę, i nawet stał się tam na krótko bohaterem.
          Agentka Raj często myślała o tym, co musiał czuć, kiedy leżał przywiązany do łóżka przed operacją rekwizycjacji. Za każdym razem, ogarniało ją poczucie winy, że go w to wciągnęła.
          Wozny trwale uszkodził pamięć magiczną podczas walki z Fridricksem. Pamięć ta jednak sprawiła, ze przeżył w próżni i niskiej temperaturze kilkadziesiąt minut.
          Odnalazł go Nepalczyk Kiran, którego specjalnie w tym celu wysłał ze statku Ahaboff.
          Ponownie miał łagodną demencję i nie nadawał się do prac wymagających skupienia uwagi. Nigdy nie odzyskał pamięci magicznej, ponieważ rząd Lądu nie zdecydował się mu jej po raz drugi przywrócić. W rządach wszystkich odcieni prędzej czy później lokują się dranie i łotry.
          Wrócił do swojej posiadłości. Był spowolniony jak dawniej, interesował się tylko ptakami. Pomimo protestu przyjaciół zamierzał któregoś dnia migrować z nimi na północ ultralekkim samolotem.
          Raj o nim nie zapomniała. Byli przyjaciółmi. Być przyjacielem Woznego nie jest rzeczą prostą, Raj wkrótce to zrozumiała. Jego obecna powolność bez przerwy wyprowadzała ją z równowagi.
          Po powrocie z Deimosa kapitan Ahaboff przeżył przemianę, sprzedał firmę i poszedł na emeryturę. Zaczął hodować róże w Helsinkach. Został tam zamordowany w niewyjaśnionych okolicznościach. Prochy kapitana wróciły z honorami do Nowej Ortygii i otrzymały tam luksusową kwaterę z widokiem na morze, i niebo. Wozny i Raj przynosili mu czasem kwiaty.

          Technologia pamięci magicznej opracowana przez firmę Uroboros została rozwinięta przez nowych właścicieli zgodnie z zasadami prawa i etyki. Nieoczekiwanie znalazła zastosowanie w zoologii oraz botanice; stosowano ją, by dać większą szansę przetrwania zagrożonym gatunkom. Trik polegał na podniesieniu ich inteligencji.
Pierwsze były ptaki. Dzięki pamięci magicznej udało się zoptymalizować trasy migracyjne i część z nich uratować przed zagładą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *